wtorek, 31 marca 2015

Rozdział I


W próżni nie słychać bólu


Wiar porywał z sokatrańskich wydm drobny jak pył piasek, który chrzęścił między zębami i grzęznął pod powiekami, jak ropa. Biały kaptur wyszywany złotą nicią skutecznie skrywał, wykrzywioną w grymasie osoby niespecjalnie zadowolonej z okolicznych warunków bytowania, twarz jeźdźca gniadego konia. Jeździec był młody, a przynajmniej na to wskazywała jego sylwetka - podkreślana przez dość mocno przylegającą szatę z drobno tkanego pylistego kaszmiru. Niewątpliwie drogą szatę. Wędrowcy towarzyszył mężczyzna, również dość młody. Ubrany był podobnie, twarz owinął szczelnie cienkim szalem z białego jedwabiu, teraz zżółkłego przez brudny, pustynny piach. Z niewielkiej szpary w materiałowym kokonie wystawały szmaragdowozielone matowe oczy, teraz zmrużone do poziomu dwóch poziomych kresek. Końskie kopyta zapadały się w piaskach stromej wydmy, której ciemny szczyt kontrastował z jasnym błękitem nieba. Kary koń drugiego z mężczyzn pierwszy wdrapał się na wydmę i stanął na niej z dumą. Tuż po nim uczynił to jego towarzysz. Wpatrywali się z uwagą w zszarzałe i częściowo zakryte piaskiem ruiny marmurowej świątyni. Niewielka ścieżka pomiędzy dwiema półokrągłymi kolumnadami leżała zawalona gruzem i piachem. Gniady koń prychnął głośno, próbując pozbyć się zalegającego w nozdrzach piachu.
- Co to jest? - spytał młodzieńczym głosem zakapturzony chłopak.
- Nie mam bladego pojęcia... - Głos drugiego był dużo niższy i chłodny. - Jakaś stara świątynia.
Jeździec ściągnął kaptur i cmoknął, lekko uderzając piętami w boki ogiera. Wierzchowiec spiął mięśnie i powoli zstąpił z wydmy. Ruszył środkiem zawalonej drogi, ostrożnie i z gracją mijając i przekraczając gruz. Zatrzymał się przed portalem zdobionym licznymi płaskorzeźbami. Chłopak przekrzywił głowę, wpatrując się w nie z zaciekawieniem. Jego uwagę przykuła scena, w której zakapturzony mężczyzna w długiej szacie trzyma w dłoniach niewielki, świecący przedmiot. Nie wyglądało to realistyczne, ale zdawało się, jakby postaci na portalu żyły. Poczuł przyjemne ciepło w sercu, zdające się wchłaniać całe zmęczenie z ciała chłopaka, zastępując je niespotkaną energią. Uczucie głodu i pragnienia zniknęło. Przyjemnie rześka bryza zawiała z mrocznego wnętrza budynku, niosąc zapach świeżości i mokrej trawy. Przemożna chęć wejścia do świątyni otępiła jego umysł, jak opium. Koń bezwiednie postawił krok naprzód, przechodząc przez portal.
- Artrex!? - Odległy głos dochodził gdzieś zza jego pleców, ale był zbyt rozkojarzony, by zorientować się, że ktoś go woła.
- Artrex! - Tym razem głos już nie pytał, ale wołał.
- Artrex! - Drugi jeździec ryknął tuż nad uchem chłopaka, łapiąc go mocno za ramię.
Artrex nie zatrzymał konia. Obaj jeźdźcy wjechali do wnętrza świątyni. Mężczyzna również poczuł to rozkoszne ciepło, rozlewające się po ciele i ciągnące go w głąb mroku świątyni. Nie działało ono na niego tak mocno, jak na Artrexa, ale i tak poczuł się, jak na rauszu. Wpatrywał się w plecy chłopaka i czuł, że musi go powstrzymać, ale był zbyt otępiały, by pomyśleć, jak to zrobić.
Stukot kopyt roznosił się echem po niewidocznych ścianach sali. Ich oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Artrex, jadący przodem, zatrzymał się w pewnym momencie. Dotknął ściany przed sobą i delikatnie przejechał po niej ręką, jakby był to policzek ukochanej.
- Artrex, co robisz? - spytał jego towarzysz zimnym głosem.
Artrex ponownie nie zareagował. Mocno pchnął ścianę, która okazała się wysokimi na osiem łokci dwuskrzydłowymi drzwiami z wysuszonego mahoniu. Otworzyły się szeroko, wydając z siebie dźwięk przywodzący na myśl skomlenie psa. Oślepiające, złote widmowe światło oślepiło mężczyznę. Odruchowo złapał za rękojeść szabli, gotowy do walki. Ale nikt ich nie zaatakował. Powoli uchylił powieki. Światło pochodziło z kryształu barwy pustynnego piasku o zachodzie słońca. Kryształ stał na mahoniowym postumencie kilka metrów przed nim, osadzony w bursztynowym stojaku. Jeździec rozejrzał się. Obok niego stał gniady koń Artrexa. Chłopak podchodził do kryształu, świecącego jasno jak pochodnia, z wyciągniętą ręką.
- Stój! - krzyknął mężczyzna, zeskakując z ogiera.
Usłyszał chrobot pod podeszwami butów. Stał na odłamkach szkła, zakopanych w dziwnie błyszczącym piasku. Pobiegł w stronę chłopaka ostrożnie, by nie nadepnąć na szkło.
- Artrex! - ryknął ze strachu, gdy palce jego towarzysza i kryształ dzieliło mniej niż cal przestrzeni.
Skoczył, próbując odepchnąć go od postumentu. Obaj upadli na ziemię, cudem omijając odłamków szkła. Artrex spojrzał na niego zdziwiony, jakby nie miał pojęcia gdzie jest, ani jak się tu znalazł.
- Co się... - zaczął, ale przerwał mu potężny huk i towarzysząca mu smuga żółtego światła, wypływająca z kryształu i wijąca się jak wstęga.
Bursztynowy statyw rozsypał się w proch. Tysiące świetlnych promieni zalały pomieszczenie, spopielając wszystko na swojej drodze. Jeździec skulił się na ziemi, zasłaniając Artrexa własnym ciałem. Widział przerażenie w jego młodych, szmaragdowych oczach – identycznych jak jego. Obrócił się, gdy usłyszał drugi huk. Kryształ zalśnił potężnym blaskiem i trysnęły z niego wstęgi złocistego blasku. Jedna z nich ugodziła tuż obok nich. Mężczyzna chwycił mocno Artrexa i podciągnął go do pionu.
- Możesz chodzić? - spytał.
- Chyba tak... - Głos miał słaby.
- Musimy stąd uciekać, rozumiesz!? Już! - krzyknął, potrząsając bratem, po czym zawinął jego rękę wokół ramienia i ruszył z nim do poprzedniej sali.
Konie już dawno uciekły. Przecisnęli się przez przymknięte drzwi sali w chwili, gdy jeden z promieni ugodził w ich drugie skrzydło, wyrywając je z zawiasów i miotając na drugi koniec świątyni. Obaj poczuli, jak piach wlatuje im do nosa, mierzwiąc nieprzyjemnie, ale nie mieli czasu, by się go pozbyć. Coś złapało za nogę Artrexa i wyrwało go z uścisku jeźdźca.
- Nhazul! - krzyknął chłopak. Jego głos był śmiertelnie przerażony.
- Trzymaj się! - ryknął jego brat, wyskakując w jego stronę.
Piasek owinął się wokół nogi Artrexa i ciągnął go w stronę sali z kryształem. Nhazul odruchowo złapał za szablę i ciął z góry w piaskową mackę, przecinając ją w poprzek. Część owinięta wokół kostki chłopaka rozsypała się i popłynęła po ziemi w stronę swojej drugiej połowy. Młody jeździec zerwał się z podłogi, ślizgając się stopami i popędził w stronę wyjścia, tuż obok brata. Od portalu dzieliło ich zaledwie kilka stóp, gdy usłyszeli za sobą potężny huk, a potem fala uderzeniowa zwaliła ich z nóg i przygniotła do ziemi. Fala świecącego złotym blaskiem piasku ugodziła w ich ciała, wbijając się głęboko w skórę, tworząc jarzące się nieregularne, pozwijane kształty. Ból był okropny. Czuli, jakby ktoś przypalał ich rozgrzanymi do białości prętami żelaza. Piasek wciął latał po sali targany nieznaną siłą, wydając przy tym ogłuszający szum. Artrex przewrócił się na brzuch i przeczołgał do wyjścia. Każdy ruch wymagał od niego niewiarygodnego wysiłku, ale w końcu udało mu się wydostać ze świątyni. Słońce pustyni ugodziło w jego oczy, lecz nie czuł jego żaru. Ból był zbyt silny, by mógł czuć cokolwiek oprócz niego. Ktoś złapał go za szatę na ramionach i przeciągnął kilka metrów dalej, po czym oparł na jednej z kolumn, tyłem do świątyni.
- Spójrz na mnie, Artrex! - powiedział Nhazul, głosem pełnym bólu i cierpienia.
Klęczał przed młodszym bratem. Chłopak spojrzał na jego twarz, ale słońce oślepiło go. Widział jedynie wielką czarną plamę o ludzkich kształtach tuż przed nim. Wielki cień ugodził w plecy Nhazula, po czym owinął się wokół jego pasa i wyrwał w powietrze, ciągnąc do świątyni.
- Nhazul! - krzyknął Artrex, ale zaraz poczuł, jak piasek rozrywa mu ścianki gardła.
Patrzył w milczeniu, jak jego brat znika w portalu świątyni. Usłyszał ostatni huk, po czym świątynia runęła, przysypując wszystko co było w jej wnętrzu. Szum ucichł momentalnie, tak samo, jak krzyk bólu Nhazula. Ból nagle zniknął, zagłuszony przez całkowitą próżnię, jaka powstała w głowie chłopaka. Pociemniało mu przed oczami i runął na ziemię, uderzając skronią o gruzowisko.


~*~*~*~*~*~

Szary, kamienny sufit był jedynym co widział. Skupił wzrok na małym pająku, tkającym sieć w rogu pomieszczenia. Bolał go kark, bolała go głowa, bolały go ramiona, piekły mięśnie, swędziały oczy, a skóra, w miejscach, gdzie został ugodzony zaklęciem, piekła, jakby ktoś przykładał tam lód przez bardzo długi czas.
Przez uchylone okno czuć było zapach wiosny. Chłodny, orzeźwiający wiatr delikatne muskał jego policzki, dając chwilę ukojenia od bólu promieniejącego ze wszystkich części ciała jednocześnie. Przekręcił głowę w stronę falującej firanki. Zasłaniała widok na zewnątrz, ale i tak był w stanie dostrzec długi pas zieleni ciągnący się po horyzont oraz zarysy Gór Wysokich, z tej odległości wydających się nie większe, niż jakikolwiek inny masyw górski. Zacisnął powieki, wyciskając łzy na policzki. Otworzył oczy, ale widok za oknem nie był już taki sam. Za białą, gładką firanką pojawił się wyraźny cień, jakby ktoś ustawił tam pomalowaną na czarno kukłę. Materiał wydał z siebie chichy szelest, przypominający szum wiatru. Edan momentalnie dostrzegł przed sobą błysk metalu w miejscu, gdzie chwilę temu było tylko powietrze. Zza przeciętej firany wyszła postać ubrana w czarny i dość cienki wełniany płaszcz. Twarz skrywała pod kapturem, zdobionym dwoma wąskimi paseczkami bieli u krawędzi. Edan westchnął cicho, orientując się, że nie może poruszać ciałem.
- Larkin... - wyszeptał głosem tak obcym, że przeszły go ciarki.
Mężczyzna nie odpowiedział, ani nie uczynił żadnego gestu. Przechylił ostrze płazem ku górze i wbił je w lewe ramię chłopaka. Przeraźliwy chłód oblał go od piersi po czubki palców.
Świat wokół pociemniał w jednej chwili, zalewając pokój srebrną poświatą. Edan widział więcej, niż kiedykolwiek, nawet jako mag. Świat nie stracił dla niego nic ze swej jasności, a jedynie nabrał zimniejszych, fioletowych odcieni. Po bólu w ramieniu nie pozostał nawet ślad, wszelkie inne części ciała odzyskiwały dawne siły. Zamknął oczy, a gdy je otworzył, ujrzał jasnożółte promienie zachodzącego słońca wpadające przez okno. Firanka była odsunięta, ukazując oślepiające światło wieczoru. Pająk w rogu pokoju utkał już dawno swoją sieć i czekał w cieniu na nienaturalnie hałaśliwą muchę, brzęczącą irytująco. Gdy Edan zamknął oczy wszystko ucichło, a jego twarz znów zalał rześki chłód wiosennego poranka. Słońce świeciło krwawym i bladym blaskiem, odbijając się od mokrego parapetu z siwego kamienia. Bóle zniknęły całkowicie, zastąpione zmęczeniem i głodem. Powoli poruszał zdrętwiałymi palcami. Mimo że nie cierpiał, to jego ciało znacznie osłabło. Ścisnął drewnianą ramę łóżka, usiłując poddźwignąć się do siadu. Łóżko zaskrzypiało tak przeraźliwe, że aż rozbolały go zęby. Zsunął się na krawędź łóżka i dotknął stopami podłoża. Bose palce zaprotestowały, gdy zetknęły się z lodowatym kamieniem, ale nie cofnął ich. Schował głowę między nogami, opierając czoło na dłoniach. Zemek drzwi szczeknął donośnie, a klamka odbiła, gdy otwarły się. Przez próg przeszło kilka osób, które Edan zobaczył przez rozchylone palce. Otarł twarz rękoma po czym wyprostował się.
- Dzień dobry, chłopcze - powiedział ciepło Artair, łapiąc go za ramiona i lekko potrząsając. - prawie cztery tygodnie - dodał, widząc składające się do pytania usta ucznia i cofnął się pod ścianę.
- Witaj, Edanie - doszedł go głęboki, dojrzały głos, krzepiący jak ciepłe piwo z miodem i imbirem w zimę.
- Laurent... - odparł chłopiec, widząc ciemnoszkarłatny, potargany płaszcza mężczyzny, stojącego przed oknem, tuż obok Artaira. Długie, czarne, nierówno przycięte włosy pływały gdzieś dookoła tułowia.
Edan rozejrzał się po pokoju. W nogach łóżka stała dwójka nieznanych mu osób: krótko obcięty brunet o szmaragdowych oczach błyszczących, jakby były z prawdziwego kamienia oraz długowłosa szatynka o okrągłej twarzy i dużych, brązowych oczach. Po ich prawej stronie o łóżko opierał się Kajedian w czarnych swetrze w golfie i luźnych, ciemnych spodniach z mnóstwem kieszeni i miedzianymi sprzączkami, zwisającymi z paska. Uśmiechał się łobuzersko i puścił do Edana oczko.
- A więc w końcu cię widzimy - powiedział brunet młodzieńczym, energicznym głosem. - Jesteś trochę bardziej piegowaty, niż wynikałoby z opisów Screamgoura i masz nieco inne włosy... Ale nie martw się, lubimy cię mimo to - uśmiechnął się, szczerząc zęby.
- Słaby dowcip. To nawet nie był dowcip - wszystkich doszedł głos gdzieś z progu drzwi.
Dwójka nieznajomych rozstąpiła się, patrząc w tamtym kierunku, ukazując Edanowi młodego chłopaka ubranego identycznie jak Kajedian, uśmiechającego się wesoło i opierającego plecami o framugę, z rękami skrzyżowanymi za krzyżem.
- Screamgour! - krzyknął radośnie Edan, widząc dawnego przyjaciela.
- Cześć! - odparł krótko, odbijając się nogą od framugi i wstępując do drzwi. - Kopę czasu. - mruknął, wpatrując się w piegowatą i chudą twarz chłopaka. - A zarostu nadal próżno u ciebie szukać.
Edan zaśmiał się, podobnie jak reszta obecnych z drobnymi wyjątkami. Uśmiechu nie widać było u Laurenta, chowającego większą część twarzy za wysokim kołnierzem płaszcza oraz u bladego chłopaka, młodszego od Edana co najmniej o trzy lata, stojącego pod ścianą za plecami Edana. Bardziej przypominał trupa niż człowieka, co jeszcze bardziej podkreślały jego białe włosy i mętne, niebieskie oczy.
- Kilian - powiedział nieco wstydliwie, patrząc na pościel.
- Edan - odparł chłopak przez ramię, uśmiechając się przyjaźnie.
Na chudej twarzy Kiliana pojawiły się drobne jak nitki żyły, nabiegające krwią, tworząc drobne i niesymetryczne czerwone kwiaty - rumieńce.
- Nie martw się, Kilian nie zna tu prawie nikogo - powiedział Artair. - Przyszedł na moją prośbę i myślę, że gdyby nie moje namowy, to wstydziłby się nawet podziękować Screamgourowi.
- Za co? - zdziwił się Edan.
Stary mag otworzył usta, by coś powiedzieć, ale przerwał mu Screamgour.
- Widzisz, gdy ty postanowiłeś zemdleć i odpoczywać, inni ciężko pracowali i ratowali innych przed upadkiem z kilkuset łokci - powiedział z uśmiechem.
- Można to ująć i w takie słowa - mruknął Artair.
- Szczerze, to nawet lepiej to wyszło, niż pompatyczne przemówienie, które pewnie pan przygotowywał, prawda? - rzucił brunet. - A przynajmniej trochę zabawniej. Na przemówienia jeszcze przyjdzie czas, teraz wolę się pośmiać, niż opłakiwać prawie zmarłych.
- Lepiej tego ująć nie mogłeś, Ragnarok - skwitował Kajedian. - Właśnie! Przecież nie znasz niektórych gości! - zawołał, wznosząc palec ku niebu. - Wybacz nam, że zapomnieliśmy o dobrym zachowaniu, ale radość z twojego przebudzenia jakoś przytłumiła nasze maniery - ukłonił się teatralnie, wywołując powszechną wesołość. - Ten brunet to Ragnarok, dawny członek ruchu oporu. Nie jest magiem, ale walczy naprawdę nieźle. Z kolei dziewczyna - wskazał na szatynkę, która skłoniła się delikatnie i uśmiechnęła wesoło - to Lightning. Pochodzi zza Gór Wysokich i jest magiem, podobnie jak większość z nas. Z kolei ten blady pod ścianą to Kilian. Wygląda niepozornie, ale potrafi dać w kość magom Larkina. No i...
- No i zaprosiliśmy jeszcze jedną osobę - przerwał mu Artair. - Ale jak widać, nie dotarła na czas. Pewnie stawi się za...
Urwał, gdy do pokoju wszedł młody mężczna karnacji ciemniejszej niż werglańska z krótką bródką i umięśnionymi ramionami schowanymi pod białą jak śnieg szatą asasyna, z wyszytym szkarłatną nicią symbolem bractwa na piersi. Długie do czubka nosa czarne, potargane włosy zasłaniały opalone czoło.
- Artrex, w końcu przybyłeś... - powiedział Artair.
- Przepraszam - powiedział donośnie i z dumą, głos miał nieco szorstki. - Zatrzymały mnie inne sprawy, ale już jestem. Witam wszystkich, a w szczególności ciebie, Edanie. Już się widzieliśmy, prawda? - spytał, uśmiechając się delikatnie.
- Nie chcę cię urazić, ale nie pamiętam cię, mimo że kojarzę skądś twoją twarz.
- Niczym mnie nie uraziłeś - zaśmiał się głośno. - Widzieliśmy się ledwie chwilę, gdy walczyłeś z Nhazulem. To ja, jego brat. Pamiętasz już?
- Racja... - powiedział, przeciągając ostatnią literę. - Tak, przypominam sobie już. Walczyłeś z nim, prawda?
- Owszem - uśmiechnął się.
Edan dopatrzył się w tym uśmiechu czegoś więcej, niż reszta zgromadzonych. Ujrzał w nim dziwny błysk, identyczny jak w oczach Nhazula. Strach przeszył jego brzuch lodowatym szpikulcem, ale chłopak nie dał tego po sobie poznać.
- No - przerwał Artair. - Więc skoro wszyscy się już przywitali i nacieszyli nim oczy, bardzo przepraszam, ale będę musiał wyprosić większość z was. Niech pozostanie jedynie Screamgour, i Laurent oraz, rzecz jasna, ja.
Nie wymienieni przez maga postąpili powoli w stronę wyjścia, żegnając się krótkimi „do zobaczenia” lub „żegnaj”. Jedynie Ragnarok rzucił przez ramię „dobranoc”, a Lightning pomachała mu na dowidzenia. Screamgour zamknął drzwi i podszedł powoli do łóżka, by w końcu stanąć w jego nogach. Laurent i Artair nie ruszyli się z miejsca. Przez dłuższą chwilę nikt nic nie powiedział.
- Dobrze, że się obudziłeś - zaczął Artair. - Widzisz, chłopcze. Nie chcę psuć ci dobrego nastroju, lecz nie mogę tego odsuwać w czasie. Zresztą, nigdy nie byłoby odpowiedniego momentu, by ci to powiedzieć.
- O co chodzi? - spytał Edan, którego mina stopniowo przybierała wyraz nieufnego zaniepokojenia.Artair westchnął.
- Larkin nie został pokonany, ale tego pewnie się domyśliłeś...
- Tak - przerwał mu chłopak. - Inaczej od razu byście mi to powiedzieli.
- Owszem. Jednak to nie jest najgorsza wiadomość... Nie, nie przerywaj mi, proszę. Otóż Larkin, gdy powalił cię, zdążył założyć na tobie pieczęć.
- Konkretniej, na twoim lewym ramieniu - wtrącił się Laurent.
- Więc co za problem? Każdą pieczęć można zdjąć. - Edan zdziwił się i rozluźnił.
- Gdyby to było takie proste, już byś jej nie miał - odparł Laurent.
- Próbowaliśmy, ale to nie jest normalna pieczęć - powiedział Artair. - Wygląda na to, że Larkin poznał sztuki, o których my zapomnieliśmy już dawno temu.
- To znaczy? - spytał Screamgour.
- To znaczy, że potrafi składać pieczęci żywiołów. To najpotężniejsza forma pieczęci, jaka istnieje, mimo że sama w sobie nie ma żadnej mocy i żadnego wpływu. Dopiero mag je nadaje, a ich moc zależy od mocy jego samego. Dziw bierze, że zapomnieliśmy o ich istnieniu. Ostatnia taka pieczęć została złożona, gdy ludzie toczyli jeszcze wojny z krasnoludami o południowe krańce Gór Srebrnych.
- Więc wiedza o nich przepadła, a Larkin odzyskał ją na nowo, dobrze rozumiem? - rzekł Edan.
- Tak.
- Więc skąd tyle o nich wiesz, Artairze? - spytał Screamgour nieco podejrzliwie.
- Zaraz po bitwie pod Soroc udałem się do siedziby Ordo Lumen. Wszyscy magowie ją opuścili i założyli dziesiątki pieczęci. Nie martw się, Larkinowi nie uda się tam dostać. Szczególnie teraz, gdy wojna nie układa się po jego myśli.
- A co dokładnie się dzieje? - zaciekawił się Edan.
- Przez ostatnie kilka tygodni udało nam się rozgromić armię Helgianu, która uciekła spod Soroc oraz zdobyć Chor. Oczywiście, wątpię, by udało się to, gdybyśmy nie zawarli sojuszu z Loyd.
- Z kim? - zdziwił się Edan. Nigdy wcześniej nie słyszał tej nazwy.
- Pewnie nie pamiętasz, gdy podczas bitwy pod Soroc od strony gór nadchodziła spora armia, strzelająca w nas metalowymi kulami, co? - spytaj Screamgour z przekąsem w głosie.
- Pamiętam.
- Właśnie to była armia Loyd. Gdy uciekłeś od nas, by dostać się do Larkina, wyruszyłem z Ragnarokiem i Conchanem na południe, za Góry Wysokie. Tam odnaleźliśmy inne państwo, o którym nie mieliśmy zielonego pojęcia. To właśnie państwo Loyd Wschodnie i Zachodnie.
- Więc postanowili nam pomóc?
- Nie. A przynajmniej nie dzięki nam. To Laurent ich przekonał. Mamy w końcu wspólnego wroga, prawda? - uśmiechnął się.
- Dobrze, ale nadal nie wiem co z tą pieczęcią.
- Otóż my również nie wiemy zbyt wiele. Jedynie tyle, że pieczęć osłabia moce magiczne, z kolei wielokrotnie wzmacnia fizyczne zdolności nosiciela. Wątpię jednak, by to było celem Larkina. Pieczęć musi mieć inne, mroczniejsze zdolności - powiedział Artair.
- A jak chcecie je poznać?
- Jedynym sposobem, jaki mamy, jest obserwacja tego, co się z tobą dzieję. Do tej pory wiemy tylko tyle, że wszelka magiczna interwencja w pieczęć z naszej strony powoduje wzmocnienie jej siły i wpływu na twój organizm. Dlatego nie możemy przeprowadzić żadnego badania przy pomocy magii. Przykro mi, chłopcze, ale musisz poczekać.
- Mogę chociaż zobaczyć tą pieczęć?
- Oczywiście - odparł Artair.
Screamgour podszedł do przyjaciela i pomógł mu wstać, podciągając go za ramiona. Edan wstał, a kolana od razu zgięły się żałośnie pod ciężarem ciała. Oplótł Screamgoura ręką i doszedł u jego boku do lustra w rogu pokoju, bardziej odpychając się nogami od ziemi, niż po niej chodząc. Stanął przed zwierciadłem, trzymając się kurczowo kamienia wystającego ze ściany. Przyjrzał się swojej twarzy. Była inna niż ją zapamiętał. Policzki zapadły się do środka, podobnie jak cienkie, granatowe powieki, próbujące ukryć przekrwione, mętne oczy. Delikatne, choć liczne piegi nabrały dużo intensywniejszego i niezdrowego wyglądu, upodabniającego je do ospy. Na chudej i cienkiej szyi wystawały ścięgna i najdrobniejsze żyły. Obsunął lnianą, białą koszulę z piersi. Obojczyki sterczały, obtoczone trupią skórą, a niedaleko nich, po lewej stronie czerniała czarna plama, wyglądająca jak chmura. Gdy przyjrzał się jej uważniej, dojrzał, że w niektórych miejscach jest starta, jak farba na bardzo starym murze. Pod wierzchnią warstwą pieczęci kryła się druga, uformowana w coś przypominającego łuki. Dotknął jej powierzchni czubkami palców, a jego ciało przeszyła fala chłodu promieniującego od ramienia i wbijającego się coraz dalej w ciało, jak lodowe sople. Syknął cicho.
- Ta pieczęć nie przypomina mi żadnej, jaką do tej pory widziałem. Ale zdaje mi się, że pod nią jest jakaś inna - powiedział.
- Wiemy, tak działa ta pieczęć. To co widzisz teraz, to okres przejściowy. Jest jak młoda larwa, która zaraz po narodzeniu przekształca się w kokon, by potem wyjść na zewnątrz jako motyl, dużo potężniejszy niż pierwotna forma. Nigdzie jednak nie znalazłem informacji o tym, jak działa pieczęć po uzyskaniu formy ostatecznej. I nikt tego nie znajdzie. Ta pieczęć, jeśli osiągnie ostatnie stadium, będzie jedynym przykładem pieczęci cienia, która tego dokona.
- Mówisz o niej tak, jakby posiadała świadomość - zaśmiał się Edan. - Przecież to tylko pieczęć.
- Mówię tak, bo wykazuje ona cechy inteligentnej istoty. Szczerze mówiąc, bardziej przypomina symbionta - dodał, widząc zdumienie na twarzy Edana. - Nie martw się tym jednak. Widzę, że sprawa pieczęci wciągnęła cię tak bardzo, że nie dojrzałeś największej zmiany w swoim wyglądzie.
Edan ponownie zajrzał w zwierciadło i powiódł zmęczone, przymrużone spojrzenie ku jego szczytowi. Złapał się wolną ręką za głowę.
- Moje... włosy - wymamrotał.
- Tia, jesteś rudy - zaśmiał się Screamgour, widząc zaskoczoną twarz przyjaciela.
Edan zganił się w myślach, jak mógł wcześniej tego nie zauważyć. Jestem zbyt zmęczony, chyba będę musiał jeszcze trochę odpocząć, niż odzyskam dawną sprawność.
- Co się z nimi stało? - spytał, obracając się ku Artairowi.
- Wybacz mi, jeśli wolałeś ich stary kolor, ale to moja wina. Widzisz, pieczęć cienia ma to do siebie, że bardzo szybko przekształca się w swoją silniejszą formę, a wolimy walczyć z tą słabszą, o której cokolwiek wiemy. Dlatego musiałem użyć techniki permanentnej pieczęci na twojej pieczęci wybrańca. Wpływ energii Ardensa zdaje się mieć silny wpływ na pieczęć cienia. Znacznie spowalnia jej transformację, co daje nam znacznie więcej czasu na badania i szukanie sposobu pomocy. Co więcej, energia feniksa niweluje osłabienie twoich magicznych zdolności, a wręcz je zwiększa. Jesteś więc silniejszy niż kiedyś, choć radzę ci z tego nie korzystać, jeśli nie musisz.
- Czemu? - Na jego twarzy wykwitła mieszanka zdziwienia i zawodu.
- Wszelkie użycie magii zwiększa prędkość przekstałcania się pieczęci i zwiększa jej wpływ na twój organizm. Nie wiemy jak ten wpływ wygląda, ani jak dużo on będzie, jednak.... lepiej nie ryzykować.
- Dobrze, mistrzu. Postaram się - rzekł, uderzając się pięścią w pierś. Zachwiał się i runąłby na ziemię, gdyby Screamgour nie przytrzymał go w pionie.
- Lepiej połóż się do łóżka - mruknął Laurent. - Odpoczywaj.
- Nie! - rzucił stanowczo, odpychając Screamgoura. - Leżałem już dość długo. Pora, żebym zaczerpnął trochę świeżego powietrza. Nie odzyskam sił, jeśli będę ciągle tutaj leżał.
Artair zaśmiał się wesoło.
- Dobrze - rzekł. - Tylko najpierw się przebież. W ciągu ostatnich tygodni nie zmieniło się przynajmniej to, że ludzie nadal dość źle reagują na osoby paradujące w środku dnia po mięśnie w piżamie.
Edan zaśmiał się, po czym usiadł na łóżku.
- Pora, żebyśmy zostawili go samego - rzekł Laurent. - Artairze, Screamgourze.
- Już wychodzimy. Do zobaczenia Edanie - rzucił Artair, po czym wyszedł, nie zamykając za sobą drzwi.
- Nie przemęczaj się - mruknął Laurent, przechodząc przez próg, nie odwracając się.
Screamgour przez cały czas stał przy drzwiach, opierając się o ścianę i trzymając ręce za plecami.
- Miło, że jesteś znowu z nami, przyjacielu - powiedział.
- Wzajemnie - odparł Edan, uśmiechając się. Screamgour odpowiedział mu tym samym.
Wyszedł przez drzwi.
- Jestem na balkonie na końcu korytarza - rzucił przez ramię, zamykając drzwi.
Edan nie zdążył odpowiedzieć. Zbyt skupił się na nieco przybrudzonym bandażu, zawiniętym na prawym przedramieniu Screamgoura, który chłopak od razu zakrył rękawem swetra.

~*~*~*~*~*~

Drzwi otwarły się, łagodnie trąc naoliwionymi zawiasami. Gruba, kauczukowa podeszwa białego buta jeździeckiego uderzyła w czerwony, ciągnący się przez długi na pięćdziesiąt metrów korytarz, sokatrański dywan. Druga noga odziana w spodnie z agatowego dżinsu przestąpiła przez próg. Zamek drzwi szczęknął, zamykając się. Edan westchnął głęboko i powoli wypuścił powietrze, zamykając oczy. Umysł omamił słodki zapach białych kwiatów, stojących na stoliku obok drzwi. Chłopak rozejrzał się i ruszył w stronę drewnianego balkonu, wystającego na wschód zamku. Drgania podłogi, częściowo wygłuszone przez dywan, docierały do jego uszu, rzęs i czubków palców. Odbierał dźwięki w całkowicie inny sposób, niż dawniej. Mimo tego, co powiedział Artair, był bardzo zadowolony z owej przemiany. Zdolności jego zmysłów przewyższały wielokrotnie to, czym dysponowali zwyczajni ludzie, czy nawet magowie lub elfy, którzy i tak byli nienaturalnie wyczuleni na wszelkie rzeczy, które mają fajną nazwę, której za ch*ja nie pamiętam w tym konkretnym momencie. Odczuwał w sposób inny niż dotąd. W sposób bardziej zwierzęcy, niż ludzki, lecz tak naprawdę całkowicie nowy.
Na ścianach, wyłożonych ciemną boazerią wisiały dziesiątki obrazów, sąsiadujących z gazowymi lampami, schowanymi w kształtnych szklanych słojach. Edan mijał po drodze wiele drzwi, lecz pierwsze dostrzegł dopiero u kresu swej wędrówki. Wszystkie były niemal idealnie ukryte, zakamulfowane pod boazerią. Jedynymi elementami, które zdradzały ich położenie, były spore odstępy między gęsto wysypanymi obrazami i ciemne, drewniane gałki, sterczące ze ścian na poziomie dłoni - klamki. Zatrzymał się przed podwójnymi, oszklonymi w całości, pomijając sosnowe, rzeźbione z obu stron ramy, drzwiami. Zajrzał do środka i ujrzał Screamgoura, prażącego się w chłodnym blasku wiosennego słońca na jednej z dwóch wiklinowych leżanek. Edan wszedł do środka i bez słowa położył się na drugiej, stojącej po przeciwległej stronie wejścia. Wiklina jęknęła pod ciężarem maga i skrzypnęła boleśnie, gdy odchylił się ostrożnie. Drzwi zamknęły się same, jakby w zawiasach ukryto grube sprężyny, cicho stukając.
- Więc, jak się masz, kolego? - spytał Edan, nie mogąc dłużej wytrzymać ciszy.
Screamgour westchnął cicho, po czym pociągnął łyk ze szklanki i odłożył ją z powrotem na etażerkę.
- Nie sądzę, by udało nam się wygrać... - mruknął cicho.
Edan zmarszczył czoło.
- Co? - spytał, zdziwiony.
- Niedługo wyruszymy pod Shras. Jeszcze nie wydano takiego rozkazu, lecz to pewne. Od kilku tygodni przesiadujemy w tym mieście bezczynni, czekając na odwet nieprzyjaciela, który z kolei czeka na nasz ruch. Boję się, że możemy stamtąd nie wrócić...
- Czemu? Przecież jesteśmy magami, nie dajemy się tak łatwo.
- Tak! Ale oni mają znacznie liczniejsze szeregi magów! Poza tym, jesteś chory.
- Artair mówił, że nie wiedzą dokładnie co robi ta pieczęć. Prawdopodobnie nic takiego...
- Wątpię - przerwał mu Screamgour. - Pomyśl, czy Larkin marnowałby okazję na zabicie cię, by założyć bezużyteczną pieczęć? Nie sądzę. Musisz uważać...
- Przestań! - krzyknął Edan, zrywając się z miejsca. - Nie pouczaj mnie. - Jego umysł zamroczyła jakaś nieznana mu siła. Nie potrafił przeciwstawić się jej potędze. Po tej krótkiej chwili wściekłości opuściła jego świadomość i wycofała się z powrotem, przywracając spokój i opanowanie. Potrząsnął głową, jakby chciał się z niej pozbyć resztek zła.
- Nie miałem zamiaru - odparł Screamgour spokojnie, choć przez moment w jego oku mignął strach. - Wiesz co? Wydaje mi się, że przydałoby ci się trochę ruchu, co? - uśmiechnął się szelmowsko.
- Co masz na myśli? - W oczach Edana błysnęła iskierka.
- Dawno nie walczyłeś, a nie chcemy, byś wyszedł z wprawy. Ty zresztą też tego nie chcesz. Więc pomyślałem, że zainteresuje cię, że niedaleko znalazłem całkiem spory kawałek ziemi, wprost idealny do pojedynków. Co ty na to?
- Gdzie?
Screamgour nie odpowiedział, a jedynie uśmiechnął się i wstał z krzesła. Edan podniósł się i stanął za nim.
- Naszą broń trzymają w magazynie. Jest na samym dole zamku.
- Daleko to?
- Kilkadziesiąt łokci pod nami.
- Jakoś nie uśmiecha mi się złazić po schodach... - mruknął, splatając ręce na piersi.
- Wiesz... mi również - rzucił Screamgour przez ramię, po czym przeskoczył balkon.
Edan doskoczył do poręczy i wyjrzał za nią, lecz nie zauważył nigdzie przyjaciela. Żylasta ręka chwyciła go za kołnierz i pociągnęła w dół.
Spadali razem, tuż obok siebie, z rękami rozpostartymi jak ptasie skrzydła. Po twarzach smagały ich batogi wiatru i pyłu, pchającego się we wszystkie dziury, o których istnieniu ich posiadacze nie mieli dotąd zielonego pojęcia. Ziemia zbliżała się niepokojąco blisko, a świst powietrza w ich uszach wciąż narastał. Screamgour wykręcił rękę za siebie i chwycił się nią za kamienną rynnę. Głaz zakołysał się pod jego palcami. Edan uchwycił się tuż obok niego i zahamował nogami o ścianę. Cegła wysunęła się z łożyska, a chłopak poczuł, jak jego ciało odchyla się w tył, ciągnięte przez grawitację. Koścista dłoń Screamgoura chwyciła go za przegub i podciągnęła powoli, dając czas na chwycenie się czegoś. Puścili się i i spadali piętra niżej, łapiąc się za bruzdy w murze, aż poczuli ziemię pod nogami.
- Przez twoje kretyńskie pomysły gówno byście mieli, a nie wybrańca - syknął Edan, otrzepując buty z kurzu, ostukując je o mur.
- Nie marudź, panie „jakoś nie uśmiecha mi się schodzić po schodach” - odparł mag, obchodząc mur, po czym zniknął w brukowanej uliczce, między dwiema liniami domów z brunatnej cegły i z błyszczącymi, zaśniedziałymi miedzianymi dachami.
Edan snuł się ulicą, wsłuchując się w miarowy stukot podeszew, uderzających w lśniący kamień. Ludzie mijali go i obracali głowy, pierwszy raz widząc postać ubraną w tak dziwaczny sposób,. w dodatku idącą środkiem drogi, zamiast chodnikiem. Spojrzał na dachy. Co chwila kątem oka dostrzegał na nich rozmazane cienie, śmigające w te i we wte, zdające się śledzić go od momentu wyjścia z zamku. Wyszedł za zakręt i ujrzał otwartą bramę z szarej cegły. Z jej górnej szczęki sterczały żeliwne kraty, a szkarłatne policzki z lakierowanego dębu, wzmacnianego stalą otwierały się szeroko na zewnątrz. U podstaw baszt stały straże ubrane w srebrzyste kolczugi, obrzucone niebieskimi tunikami ze srebrnym rosomakiem na piersiach. Przepuściły go bez słowa, wiodąc za nim wzrokiem jeszcze przez dłuższy czas. Drzewa wzdłuż drogi bieliły korony pączkami, na których lśniły krople rosy, która ukryta w cieniu liści, wciąż nie zdążyła wyparować. Liście zaszeleściły za nim, a drobne kropelki spadły z cichymi stukami na trawę. Edan odwrócił się i od razu dostrzegł Screamgoura, kucającego na gałęzi. Na jego twarzy wymalowało się zdziwienie.
- Usłyszałeś mnie? - spytał niepewnie.
- Tak - odparł Edan. - Nie. Usłyszałem tylko szum liści i krople wody.
Screamgour skręcił głową, zastanawiając się nad tym, co powiedział jego przyjaciel.
- Czy tylko słuch? - spytał po chwili.
- Nie. Jestem też w stanie dostrzec w nocy pająka tkającego pajęczynę w najciemniejszym miejscu pokoju, poczuć muśnięcie kwiatowego pyłku na skórze i wyczuć kroplę soku rozpuszczoną w bali wody zarówno nosem jak i językiem.
Screamgour zeskoczył i ruszył żółtawą od pyłu ścieżką.
- Chodźmy - rzucił, nie odwracając się.
Ruszyli drogą i po chwili skręcili, przeskakując zarośnięty mchem kamienny rów, biegnący wzdłuż trasy. Szli rzadkim lasem, przez chwilę oślepiani smugami światła, odbitymi od śliskich liści. Wyszli na polanę, porośniętą obficie słomkową trawą, sięgającą piersi, w której odmętach tonęły bez śladu zarówno buty, jak i kolana czy pas.
- To tu?
- Tu - odparł Screamgour, rzucając Edanowi pochwę ze skórzanym pasem.
Chłopak oplótł się pasem i wyszarpał z ubogiej pochwy miecz o prostym, zarówno kształtem, jak zdobieniem, jelcu i jeszcze prostszej rękojeści. Uniósł go przed sobą i dokładnie obejrzał, przeciągając palcami po ostrzu.
- Gdzie mój miecz? - spytał spokojnie, lecz ostatnia litera zdania zadrżała, zdradzając niepewność i obawę.
- Przykro mi, że muszę ci to mówić, lecz nie mamy go... - rzekł, nie kryjąc smutku. - To był niezwykle potężny miecz, potężniejszy niż jakikolwiek inny magiczny oręż. Jednak Larkin dobrze o tym wiedział i odebrał ci go, gdy tylko straciłeś przytomność. Próbowałem go odebrać, ale nie udało mi się. Przykro mi...
- Nic się nie stało - odparł beznamiętnie, wpatrując się tępo w ziemię. - Poradzę sobie bez niego. W sumie, to również mój miecz, choć bardzo długo z niego nie korzystałem...
- Mogę cię jedynie pocieszyć, że nie ty jeden coś utraciłeś. - Szybkim ruchem sięgnął za głowę i wyjął z pochwy, przytroczonej do pleców, swój miecz - Kazeramer.
Edan z początku nie dostrzegł różnicy. Dopiero, gdy Screamgour uniósł miecz przed sobą dostrzegł, że jest złamany. Cięcie szło po idealnie prostej linii, jakby ktoś przepołowił miecz z chirurgiczną precyzją i starannie go wypolerował.
- To ty zasłoniłeś mnie przed techniką Larkina...
- Owszem. Na szczęście nie przelał do niej zbyt wiele energii, wiec miecz został jedynie złamany, nie tracąc swoich magicznych właściwości. Wciąż mogę go używać, lecz teraz jest... zbyt mały, by walczyć z potężniejszymi magami.
- Więc jak chcesz wygrać ze mną? - spytał Edan. Nastała chwila ciszy, w której patrzyli w siebie złowrogo, po czym zaśmiali się rubasznie.
- Dość gadania - wydusił Screamgour, hamując wesołość. - Twój ruch!
Edan przykucnął i naprężył się do skoku. Wystrzelił w przód z prędkością strzały i ciął pod kątem z dołu. Screamgour okręcił się w piruecie i wyprowadził z góry ciężkie uderzenie całym ciałem. Mag skręcił się nad ziemią i odbił w prawo, unikając miecza, który tąpnął w ziemię jak młot. Obaj obrócili się i uderzyli ze skrętu tułowiem. Ostrza zderzyły się, sypiąc iskry. Odskoczyli od siebie na kilka metrów, bojąc się stać tak blisko rywala.
- Wyszedłem z formy - mruknął Screamgour, kręcąc nad głową młynka mieczem bardziej przypominającym rzeźnicki tasak. - Jeszcze niedawno przeciąłbym cię na pół, gdy turlałeś się pode mną jak żmija.
- Gdybyś miał nieco dłuższy miecz... Jeśli wiesz, co mam na myśli - syknął złośliwie i posłał mu szyderczy uśmieszek.
Wyciągnął przed siebie rękę i wystrzelił salwę kilkudziesięciu pocisków, rozpryskujących się w powietrzu na drobniutki śrut, podpalający suchą trawę. Screamgour uskakiwał jak błyskawica, rozmywając się w powietrzu w ciemną smugę. Błysnęło błękitem i kula wirującego powietrza ugodziła Edana prosto w brzuch, odrzucając na drugi skraj polany. Obrócił się w locie brzuchem w dół i zarył butami o ziemię, hamując. Piach wbijał mu się boleśnie pod paznokcie. Wybił się i popędził, zatrzymując się kilkanaście kroków przed przeciwnikiem. Screamgour stał spokojnie, ze zwieszonymi rękami. W lewej dłoni lśnił Kagerendah. Słomki trawy wyginały się w stronę techniki, kręcąc w powietrzu lekkie łuki. Wysoki, luźny kołnierz swetra maga szamotał się nieskładnie, podobnie jak długie, proste włosy, zaczesane na bok czoła. Edan skupił całą wolę i uwagę na swojej lewej ręce, po czym zaczął powoli przelewać do niej energię. Na dłoni pojawiła się niewielka, szkarłatna kulka czystej energii, z początku rosnąca powoli, później coraz szybciej. Po kilku sekundach nabrała rozmiarów grejpfruta. Niewielkie błyskawice trzaskały z niej w ziemię i wypalały w niej miniaturowe kratery. Chłopak ugiął nogi w kolanach. Kula ciążyła mu w dłoni, ważyła dobre dwadzieścia funtów. Tysiące wyładowań przepełniły polanę piskami i świstem, przypominającymi świergot setek drobnych ptaków. Magowie stali naprzeciw siebie, pogrążeni w ciszy i skupieni, wpatrując się w siebie. Brązowe oczy Screamgoura świdrowały spojrzeniem mściwe i straszne czarne oczy z cienkimi, pionowymi źrenicami. Skoczyli jednocześnie, jak wystrzeleni z procy. Techniki zderzyły się w powietrzu, a przeciwnicy zawiśli kilkanaście łokci nad ziemią, na poziomie koron drzew, oblegających polanę mrocznym kręgiem. Raikagan świszczał boleśnie w uszach i wypełniał całą polanę błyskawicami, które od momentu zderzenia rozrosły się i sięgały teraz na kilkadziesiąt stóp. Żyła na czole Screamgoura pulsowała szybko, a on sam nie tyle oddychał, co wypuszczał powietrze co kilka sekund jednym, ale potężnym i głośnym wzdychnięciem. Edan ruszał ustami, jakby coś mówił, lecz przeraźliwa wrzawa dźwięków obu technik zagłuszyła go całkowicie. Uśmiechnął się jedynie złośliwie, po czym jego twarz zniknęła za grubą błyskawicą. Screamgour czuł, jak ubywa z niego energii. Jego ręka stopniowo zginała się w łokciu, aż w końcu trzymał dłoń tuż przed twarzą. Widział dokładnie jak na powierzchni kuli, którą trzymał w dłoni pojawiają się drobne pęknięcia. Czuł bijące od techniki przeciwnika ciepło, które stawało się coraz intensywniejsze i trudniejsze do wytrzymania. Coś cicho chrupnęło i w tym samym momencie błękitna kula wirującego powietrza rozprysnęła się na kawałki. Energiia uformowała w powietrzu cienkie łuki, które po chwili rozmyły się i zniknęły. Screamgour odruchowo chwycił Edana za przebug, odpychając od siebie kulę gorącej jak magma energii. Spojrzał w oczy przeciwnikowi i ujrzał w nich przerażającą, zimną nienawiść. Był to pierwszy raz, gdy ujrzał to spojrzenie, które przewiercało człowieka na wskroś i wypełniało ssącą wątrobę pustką. Błyskawica ugodziła Screamgoura w bark. Mag odleciał kilkadziesiąt łokci w tył, kręcąc beczki z ogromną prędkością. Ugodził w ziemię ze stłumionym hukiem. Zebrało mu się na wymioty. Powoli podnosił się z klęczek, patrząc na Edana, opadającego łagodnie na ziemię. Wylądował niedaleko przed nim, otoczony przez płonącą trzcinę. Chłopak podszedł do maga i wyciągnął rękę. Screamgour złapał ją pewnie i podniósł się do pionu.
- Pokonałeś mnie - zaśmiał się.
- Tylko dlatego, że „nie byłeś w formie”, prawda? - rzucił ironicznie.
- Zamknij się - odparł, chichocząc.
Włożyli miecze do pochew i wrócili na ścieżkę. Nie uszli kilku kroków, jak usłyszeli stukot kopyt, a chwilę potem dojrzeli jeźdźca wyłaniącego się zza wzniesienia. Zahamował tuż przed nimi, ryjąc kopytami o ziemię i obrócił konia bokiem.
- Witajcie, magowie. - Skłonił się w siodle. - Zarządca tego miasta, lord Korlimix życzy sobie, byście stawili się w komnacie jadalnej zamku. W razie, gdybyście nie znali drogi, mam przyjemność was odprowadzić. Czy zechcą, panowie? - spytał grzecznie, nasycając głos słodyczą.
- Oczywiście - odparł Screamgour. - Jednak interesuje mnie, jak się nazywasz.
Jeździec uniósł brwi, słysząc to zdanie. Zaraz jednak pokręcił głową, a jego twarz nabrała wyrazu skruszenia.
- Wybaczcie, nie jestem przyzwyczajony, by ktokolwiek interesował się moim imieniem, wielcy magowie.
- Wystarczy, jeśli powiesz WIELKI MAGU - sprostował Edan ironicznie, puszczając oczko Screamgourowi.
- To jak się w końcu nazywasz, posłańcu? - spytał Screamgour, wpuszczając w ostatnie słowo drobną nutę sarkazmu.
- Michael - odparł. - Czy już możemy? Jest już prawie druga. Obiad podają za czterdzieści minut.
- Dobrze, Michael. Prowadź!

~*~*~*~*~*~

Sala była dość opustoszała. Pustka i chłodna przestrzeń, oświetlona jedynie przez kilka świec, wbitych w żeliwne świeczniki, wiszące na kamiennych ścianach i stojące na długim, dębowym stole. Stały przy nim ciemne, zakurzone krzesła obite czerwonym materiałem, na których rozsiadło się w sporym rozproszeniu kilku magów i pewien mężczyzna z ciemną brodą i zakręconym ku górze wąsem, którego Screamgour skądś kojarzył. Michael skłonił się zgromadzonym, po czym wyszedł, zamykając wysokie na osiem łokci wrota. Młodzieńcy usiedli przy rogu stołu, obok siebie i zdala od reszty zgromadzonych. Wszyscy się w nich wpatrywali. Raghnall, Artair, dwójka magów, których nie potrafili rozpoznać oraz brunet siedzący u szczytu stołu. Screamgour dopiero po chwili odkrył, że naprzeciwko niego siedzi mężczyzna, z twarzą ukrytą w cieniu ciemnobrązowego kaptura.
- Witajcie, panowie - rzucił mężczyzna donośnym i grubym głosem, wstając z krzesła i wypinając pokaźny brzuch. Miedziane guziki szkarłatnego kontusza opinały się niebezpiecznie, gotowe wystrzelić lada moment. - Nazywam się lord Korlimix i jestem zarządcą tego zamku, o czym zapewne już wiecie. - usiadł i nałożył na srebrny talerz spore indycze udko. - Jeden z was na pewno mnie już skojarzył, jeśli nie rozpoznał. Tak, mówię o tobie, Screamgour.
Wszyscy popatrzyli na chłopaka, wyłączając nieznajomego w kapturze, naprzeciw nich. Ten wciąż wpatrywał się w złote misy pełne suszonych owoców.
- Tak - rzekł Screamgour. - Pamiętam. Poznaliśmy się kilka miesięcy temu w Werglo.
- Owszem! Chciałem ci podziękować o niewymierną pomoc, jaką nam udzieliłeś, przez swoją podróż. Niestety, wcześniej bogowie nie dali mi sposobności, by ci to powiedzieć w twarz, a nie miałem pojęcia, gdzie cię szukać.
- Nic się nie stało - zapewnił Screamgour, lekko rozbawiony.
- Jednak dość tego! - ogłosił Korlimix. - Jesteśmy tu w innym celu. Mamy porozmawiać z najpotężniejszym człowiekiem w tym zamku, jeśli nie na świecie. Artrairze, oddaję ci głos.
Artrair wstał, poprawiając klapy płaszcza.
- Witam cię, Edanie, Screamgourze. Witam wszystkich zgromadzonych, których niestety wiele tutaj nie ma. - Mówiąc to, wodził wzrokiem po wszystkich zgromadzonych, lecz ominął tajemniczą zakapturzoną postać. Screamgour od razu zaintrygował się tym drobiazgiem.
- Otóż, Edanie, jesteśmy tu, by porozmawiać o twojej przyszłości. Przede wszystkim pragnę cię poinformować i przeprosić, że bez twojej zgody przydzieliliśmy ci stałą ochronę Gwardii Cieni.
- Nie mam nic przeciwko - uśmiechnął się chłopak.
- Świetnie! Kontynuując, wiemy od owych strażników, że od momentu, gdy Larkin nałożył na ciebie pieczęć utraciłeś część mocy magicznej, za to zyskałeś siłę fizyczną oraz sprawność ciała i zmysłów, jakiej pozazdrościć mogą ci najlepsi z magów. Gratuluję, lecz ponownie przestrzegam cię, przed zbytnim forsowaniem się z używaniem magii. Pominę tą część, bo wszystkim zanudzę, łącznie z sobą. Proszę cię więc, byś odpowiedział na jedno pytanie. Podczas walki z Larkinem dostrzegłem, że uzyskałeś niespotykaną dotychczas u ciebie zdolność przewidywania ruchów przeciwnika oraz dostrzegania obiektów, których nikt inny nie widział. Prawda?
Edan szybko sięgnął pamięcią do ostatniej batalii i przypomniał sobie, że owszem, takie coś miało miejsce.
- Tak, pamiętam. Po odblokowaniu pewnego poziomu pieczęci przestałem widzieć normalnie. Widziałem jedynie czarne kontury przedmiotów, osób i terenu, z kolei byłem zdolny do widzenia energii. Widziałem ją jako fioletowy dym, wewnątrz technik i stworzeń.
- Wystarczy, chłopcze. Raghnall, czy myślisz to samo co ja?
- Owszem - odparł stary mag, siedzący obok Artaira. - To niewątpliwie była Semua.
- To znaczy? - spytał Korlimix.
- To starożytna technika oczna, łącząca niemal wszystkie znane nam techniki modyfikujące wzrok, jakie są powszechnie znane.Nie wiem jednak, skąd ta technika u Edana - rzekł Artair.
- To nic skomplikowanego - rzekł jeden z magów, których Screamgour nie znał. - Starsi magowie, tacy jak ja czy Raghnall pamiętają, że Ardens dysponował właśnie tą techniką, lecz nie potrafił jej kontrolować. Prawdopodobnie kontakt z magiem umożliwił mu świadome korzystanie z niej, co jest niezwykle korzystne również dla nas i samego Edana.
- Jak to, „posiadał”? - zdziwił się Edan.
- Nie mówiłem ci tego, Edanie, bo nie było to istotnie - rzekł Artair. - Lecz bestie, które są zapieczętowane w wybrańcach nie zawsze powstawały w wyniku działań bogów. Czasami, choć bardzo rzadko, bóg umieszczał już żyjące na świecie zwierzę w ciało wybrańca. Podejrzewam, że właśnie to było powodem nadzwyczajnego oporu, jaki stawiał Ardens. Z opowieści wiem, że za życia w swoim własnym ciele był niezwykle agresywny i zabił niezliczone zastępy magów. Aż pewnego dnia zniknął, by później znaleźć się w tobie. Wybacz mi, ale naprawdę nie miałem czasu, by ci to wcześniej powiedzieć. Trzeba było cię bardzo dokładnie przeszkolić w bardzo krótkim czasie. Stanowczo za krótkim, byś w pełni pojął swoją moc.
Screamgour nie zwracał uwagi na to, co mówią zgromadzeni. Wpatrywał się w postać w kapturze. Był to niewątpliwie mężczyzna, dość wysoki i żeńskiej budowy. Z cienia wystawał jedynie dolny odcinek wąskiej, trójkątnej szczęki. Całkowity brak zarostu dawał wrażenie, jakby nieznajomy był niezwykle młody, choć wzrost oraz kształt twarzy kompletnie na to nie wskazywały. Czuć było od niego rzadko spotykaną wyniosłość i szlachetność, przeplatane z chłodną powagą. Chłopak dopiero po chwili spostrzegł wyjątkowo długi i wąski miecz, przytroczony u jego boku, obijający się swobodnie o krzesło, pozbawiony jakiejkolwiek osłony.
- Dark... - wyszeptał Screamgour tak cicho, że sam ledwie się usłyszał.
Mężczyzna odwrócił głowę w jego stronę i nieco ją uniósł, wyłaniając z mroku swoją chudą, dziewczęcą twarz i platynowe włosy, zwieszające się po policzkach. Uśmiechnął się przyjaźnie, lecz mimo to był to uśmiech niesłychanie chłodny i wzdrygający.
- Screamgour - mruknął lodowatym tonem. - wreszcie mogę ukazać ci się w swojej pełnej postaci...
Chłopak rozejrzał się przestraszony. Wszystko wokół zastygło. Artair zamarł, gestykulując rękami, Edan półleżał na stole i podpierał głowę ręką. Niewielki pająk znieruchomiał, zwieszając się z parapetu po mokrej pajęczynie, w stronę uwięzionej w sieci muchy. Na wpół obgryziony indyczy udziec zatrzymał się na linni zębów Korlimixa, z których ściekała wąska nitka śliny.
- Tylko ty mnie widzisz... Nie martw się, nie umknie ci ani słowo z ich rozmowy. Czas płynie dla ciebie inaczej niż dla nich.
- Czemu mi się pokazujesz? Czemu mnie nie zostawisz?
- Bo widzisz... Jesteś mi bardzo potrzebny, lecz jeszcze nie mogę ci wyjawić, dlaczego - uśmiechnął się miło, lecz ponownie wywołał tym drgawki u rozmówcy.
- Dlaczego?
- Nie mam dość czasu, by ci to wyjaśnić. Tracę ogromne ilości energii, na każdą sekundę podtrzymywania naszej rozmowy. Pomagałem ci przez wyjątkowo długi czas, tracąc energię.
- Jak?
- Kierowałem cię niepostrzeżenie przez kolejne etapy podróży, niepostrzeżenie zasugerowałem ci, byś uratował Bahamuta, a nie tylko siebie, co uznałeś za wyłącznie swoją decyzję. Sprawiłem, że spotkałeś Lightning i wyruszyłeś do Werglo razem z Ragnarokiem. Myślisz, że twe spotkanie z Kajedianem było przypadkiem? Nie! Gdyby nie moje drobne ingerencje w twoją historię, nigdy nie byłbyś w stanie zawędrować tak daleko. - Mówił to szybko, nadając słowom wyrazu poświęcenia.
- Robisz z siebie męczennika? - spytał Screamgour ironicznie. - Nie musiałeś mi pomagać, ale dziękuję za to. Nie mam ci nic za złe. Chcę jedynie, byś zostawił mnie w spokoju. Chcę zapomnieć...
- O przyjaciołach? - spytał z ledwo wyczuwalnym wyrzutem i niedowierzaniem.
- Nie... - Zmieszał się. - Tylko o...
- Porzucając przeszłość, porzucasz wszystkich, których nie chciałeś porzucać - przerwał mu. - Wcale nie pomagałem ci, by spłacić swoje długi i oczyścić z grzechów. Chciałem pomóc światu, a ty byłeś moim przyjacielem, więc pomogłem ci, jak tylko mogłem.
- Byłem? - spytał Screamgour zaciekawiony akcentem, którym Dark obdarzył to słowo.
- Sam mówiłeś, że chcesz zerwać z przeszłością...
- Przestań! - Jego twarz przybrała zmęczonego wyglądu. - Czemu sam nie mogłeś wziąć udziału w bitwie? Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak bardzo byś nam pomógł.
- Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak wiele osób chciałoby mnie tam zabić. Jestem zwierzęciem, nie człowiekiem, zapomniałeś?
- Nie przypominam sobie, by ktokolwiek tak o tobie mówił. - Zmarszczył czoło.
- A czy ktokolwiek musi mówić, że mortibresy to potwory?
- Tak samo jest z tobą? - spytał retorycznie.
- Tak. - Jego twarz wykrzywiła się w grymasie bólu. - Musimy się sprężać... Straciłem już zbyt wiele czasu... - wysapał. - Spotkamy się niedługo twarzą w twarz.
- Gdzie?
- Tam, gdzie będziesz o odpowiednim czasie. Znajdę cię, jesteśmy przecież sobie przeznaczeni - ostatnie słowa wyszeptał skrycie.
- Co? - zdziwił się.
Dark zniknął bez śladu, a salę ponownie wypełniły głosy dyskutujących, gnane do uszu przez stale goniący je pogłos.
- Więc jakie są wasze dalsze plany, Artairze, Raghnallu? - spytał Korlimix, odkładając kość na talerz.
Screamgour sięgnął po misę pełną ziemniaków z suszonym koperkiem i nałożył sobie kilka łyżek. Był w trakcie nabijania steka na widelec, gdy usłyszał swoje imię. Zastygł w pół ruchu.
- Tyczą się one Edana, ale również Screamgoura. Ciężko tych dwóch rozdzielić, gdy sami tego nie chcą - rzekł Artair.
- Owszem. Zresztą, Edan będzie potrzebował teraz szczególnie wiele uwagi ze strony przyjaciół.
- Czemu? - zdziwił się Edan.
- Cóż... Pieczęć może powodować zmiany nastroju, więc warto, by ktoś mógł go polepszyć - uśmiechnął się.
Rozmowa ciągnęła się przez wiele minut. Słońce świeciło już nisko, wskazując godzinę szóstą. Screamgour i Edan zdecydowanie bardziej woleli coś zjeść, wybierając spośród dziesięciu rodzajów pasztecików, trzech gatunkach mięs, ziemniakach przygotowanych na pięć sposobów, ryżu, kaszy, chleba, piwa, wina oraz wielu różnorakich owoców. Za ważny uznali jedynie fakt, że za kilka dni do miasta ma przybyć król Werglo Vernvig. W końcu, ku uldze wszystkich, Korlimix wstał i pożegnał wszystkich, kończąc zebranie. Zgromadzeni rozeszli się i wyszli przez wielkie wrota.
- Edanie... - rzucił Artair. - Mógłbyś chwilę zostać?
- Oczywiście - odparł chłopak.
- Pójdę już, będę siedział na balkonie, więc jeśli nie będziesz mieć nic do roboty, to czekam - Screamgour puścił mu oczko i wyszedł.
Drzwi szczeknęły cicho w zawiasach, gdy zamknęły się, pogrążając salę w dusznym świetle świec. Cienie nienaturalnie wydłużyły się na twarzy Artaira, nadając jej przerażającego wyrazu.
- Wiem, że walczyłeś ze Screamgourem - powiedział tonem, którym ojciec zwykł mówić do Edana, gdy ten zrobił coś, czego nie powinien.
- Mhm... - mruknął chłopak znudzonym tonem.
- Gratuluję wygranej - rzekł, nieco zaskakując Edana. - Wiem też, jednak, że podczas walki nieomal ciężko uszkodziłeś Screamgoura. Użyłeś swojej najpotężniejszej techniki wobec przyjaciela! - krzyknął szeptem.
- Przepraszam... - poczuł się skarcony, wypełniony pustką, zasysającą jelita. - Nie myślałem...
- Wiem, że nie myślałeś - rzekł. - To nie była twoja wina, lecz wina pieczęci. - Stuknął palcem w ramię chłopaka. - Musisz nauczyć się nad nią panować. Pieczęć będzie uwidaczniać twoje złe cechy, nie możesz pozwolić jej tego zrobić.
Edan poczuł wzbierającą w nim złość. Nikt nie będzie mi mówił, że nie mogę używać magii. Jestem w stanie to kontrolować - pomyślał.
- Dobrze - skłamał. - Mam jeszcze pytanie - dodał szybko, widząc, że jego mistrz udaje się do wyjścia.
- Słucham.
- Gdzie jest Tonitres?
- Wiedziałem, że o to spytasz - uśmiechnął się Artair. - Poleciał zapolować. Wróci pewnie dzisiaj w nocy. Dobranoc! - rzucił przez ramię i wyszedł z sali.
Edan został sam, stojąc obok wciąż zastawionego stołu. Zabrał z niego jabłko i udał się do swej komnaty.Wyszedł na korytarz i ogarnął go chłód wiosennego wieczora. Zapiął kołnierz kurtki guzikiem i ruszył w stronę balkonu. Chłodne powietrze owiało mu twarz i rozmierzwiło włosy, mrożąc łzy. Screamgour stał oparty o barierkę i obserwował wschodzący księżyc, stopniowo rosnący na niebie. Wśród chmur pojawiały się stopniowo pierwsze gwiazdy.
- Nie jest ci zimno? - spytał z niedowierzaniem Screamgoura.
- Jest.
- To czemu nie pójdziesz do mnie? Moglibyśmy pogadać.
- Nie jest mi aż tak zimno - odparł.
Zaśmiali się.
- Gdzie zgubiłeś Conchana?
- Tutejsze jedzenie mu nie smakuje - odparł, wciąż stojąc plecami do przyjaciela.
Edan podszedł do barierki i oparł się o nią tuż obok Screamgoura.
- Nie dziwi cię, że znamy się tak krótko, a mimo to jesteśmy najlepszymi kumplami? - spytał brunet.
- A kto powiedział, że jesteśmy kumplami?
Screamgour prychnął cicho.
- A tak naprawdę, to nie wiem. Może po prostu jesteśmy zgrani? Albo to przez to, że obaj jesteśmy sierotami. Wiesz, sporo nas łączy...
- Nie mów ani słowa więcej, bo już teraz brzmisz, jakbyś zaraz miał powiedzieć, że mnie kochasz - przerwał mu Screamour.
- Dobra - odparł, śmiejąc się. - Idziesz w końcu spać?
- Postoję tu jeszcze chwilę.
- No to ci potowarzyszę.
- Dobra, idźmy stąd - odparł od razu.
Obaj zachichotali i poszli do pokoju Edana. Położyli się na łóżku w przeciwnych kierunkach i wpatrywali w sufit.
- Wiesz? - zaczął Edan. - Czasem czuję, jakbym był niesamowicie stary...
- Wiesz? - odparł Screamgour, poprawiając rękaw kraciastej piżamy. - Lepiej idź już spać, bo naprawdę zaczynasz pieprzyć takie głupoty, że rzygać mi się chce.




3 komentarze:

  1. Jestem na XVI rozdziale pierwszej części, więc niedługo w sumie tu zajrzę na dłużej.
    Dlaczego masz trzy ramki "Moja lista blogów"? xD
    Pelargia vel Aredhel

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha, i jeszcze jedno! Tekst masz podkreślony na zielono czy niebiesko, to tak specjalnie czy niechcący? ;)

      Usuń
    2. Załóżmy, że specjalnie :D

      Usuń