W próżni nie słychać bólu
Wiar
porywał z sokatrańskich wydm drobny jak pył piasek, który
chrzęścił między zębami i grzęznął pod powiekami, jak ropa.
Biały kaptur wyszywany złotą nicią skutecznie skrywał,
wykrzywioną w grymasie osoby niespecjalnie zadowolonej z okolicznych
warunków bytowania, twarz jeźdźca gniadego konia. Jeździec był
młody, a przynajmniej na to wskazywała jego sylwetka - podkreślana
przez dość mocno przylegającą szatę z drobno tkanego pylistego
kaszmiru. Niewątpliwie drogą szatę. Wędrowcy towarzyszył
mężczyzna, również dość młody. Ubrany był podobnie, twarz
owinął szczelnie cienkim szalem z białego jedwabiu, teraz
zżółkłego przez brudny, pustynny piach. Z niewielkiej szpary w
materiałowym kokonie wystawały szmaragdowozielone matowe oczy,
teraz zmrużone do poziomu dwóch poziomych kresek. Końskie kopyta
zapadały się w piaskach stromej wydmy, której ciemny szczyt
kontrastował z jasnym błękitem nieba. Kary koń drugiego z
mężczyzn pierwszy wdrapał się na wydmę i stanął na niej z
dumą. Tuż po nim uczynił to jego towarzysz. Wpatrywali się z
uwagą w zszarzałe i częściowo zakryte piaskiem ruiny marmurowej
świątyni. Niewielka ścieżka pomiędzy dwiema półokrągłymi
kolumnadami leżała zawalona gruzem i piachem. Gniady koń prychnął
głośno, próbując pozbyć się zalegającego w nozdrzach piachu.
-
Co to jest? - spytał młodzieńczym głosem zakapturzony chłopak.
-
Nie mam bladego pojęcia... - Głos drugiego był dużo niższy i
chłodny. - Jakaś stara świątynia.
Jeździec
ściągnął kaptur i cmoknął, lekko uderzając piętami w boki
ogiera. Wierzchowiec spiął mięśnie i powoli zstąpił z wydmy.
Ruszył środkiem zawalonej drogi, ostrożnie i z gracją mijając i
przekraczając gruz. Zatrzymał się przed portalem zdobionym
licznymi płaskorzeźbami. Chłopak przekrzywił głowę, wpatrując
się w nie z zaciekawieniem. Jego uwagę przykuła scena, w której
zakapturzony mężczyzna w długiej szacie trzyma w dłoniach
niewielki, świecący przedmiot. Nie wyglądało to realistyczne, ale
zdawało się, jakby postaci na portalu żyły. Poczuł przyjemne
ciepło w sercu, zdające się wchłaniać całe zmęczenie z ciała
chłopaka, zastępując je niespotkaną energią. Uczucie głodu i
pragnienia zniknęło. Przyjemnie rześka bryza zawiała z mrocznego
wnętrza budynku, niosąc zapach świeżości i mokrej trawy.
Przemożna chęć wejścia do świątyni otępiła jego umysł, jak
opium. Koń bezwiednie postawił krok naprzód, przechodząc przez
portal.
-
Artrex!? - Odległy głos dochodził gdzieś zza jego pleców, ale
był zbyt rozkojarzony, by zorientować się, że ktoś go woła.
-
Artrex! - Tym razem głos już nie pytał, ale wołał.
-
Artrex! - Drugi jeździec ryknął tuż nad uchem chłopaka, łapiąc
go mocno za ramię.
Artrex
nie zatrzymał konia. Obaj jeźdźcy wjechali do wnętrza świątyni.
Mężczyzna również poczuł to rozkoszne ciepło, rozlewające się
po ciele i ciągnące go w głąb mroku świątyni. Nie działało
ono na niego tak mocno, jak na Artrexa, ale i tak poczuł się, jak
na rauszu. Wpatrywał się w plecy chłopaka i czuł, że musi go
powstrzymać, ale był zbyt otępiały, by pomyśleć, jak to zrobić.
Stukot
kopyt roznosił się echem po niewidocznych ścianach sali. Ich oczy
powoli przyzwyczajały się do ciemności. Artrex, jadący przodem,
zatrzymał się w pewnym momencie. Dotknął ściany przed sobą i
delikatnie przejechał po niej ręką, jakby był to policzek
ukochanej.
-
Artrex, co robisz? - spytał jego towarzysz zimnym głosem.
Artrex
ponownie nie zareagował. Mocno pchnął ścianę, która okazała
się wysokimi na osiem łokci dwuskrzydłowymi drzwiami z wysuszonego
mahoniu. Otworzyły się szeroko, wydając z siebie dźwięk
przywodzący na myśl skomlenie psa. Oślepiające, złote widmowe
światło oślepiło mężczyznę. Odruchowo złapał za rękojeść
szabli, gotowy do walki. Ale nikt ich nie zaatakował. Powoli uchylił
powieki. Światło pochodziło z kryształu barwy pustynnego piasku o
zachodzie słońca. Kryształ stał na mahoniowym postumencie kilka
metrów przed nim, osadzony w bursztynowym stojaku. Jeździec
rozejrzał się. Obok niego stał gniady koń Artrexa. Chłopak
podchodził do kryształu, świecącego jasno jak pochodnia, z
wyciągniętą ręką.
-
Stój! - krzyknął mężczyzna, zeskakując z ogiera.
Usłyszał
chrobot pod podeszwami butów. Stał na odłamkach szkła, zakopanych
w dziwnie błyszczącym piasku. Pobiegł w stronę chłopaka
ostrożnie, by nie nadepnąć na szkło.
-
Artrex! - ryknął ze strachu, gdy palce jego towarzysza i kryształ
dzieliło mniej niż cal przestrzeni.
Skoczył,
próbując odepchnąć go od postumentu. Obaj upadli na ziemię,
cudem omijając odłamków szkła. Artrex spojrzał na niego
zdziwiony, jakby nie miał pojęcia gdzie jest, ani jak się tu
znalazł.
-
Co się... - zaczął, ale przerwał mu potężny huk i towarzysząca
mu smuga żółtego światła, wypływająca z kryształu i wijąca
się jak wstęga.
Bursztynowy
statyw rozsypał się w proch. Tysiące świetlnych promieni zalały
pomieszczenie, spopielając wszystko na swojej drodze. Jeździec
skulił się na ziemi, zasłaniając Artrexa własnym ciałem.
Widział przerażenie w jego młodych, szmaragdowych oczach –
identycznych jak jego. Obrócił się, gdy usłyszał drugi huk.
Kryształ zalśnił potężnym blaskiem i trysnęły z niego wstęgi
złocistego blasku. Jedna z nich ugodziła tuż obok nich. Mężczyzna
chwycił mocno Artrexa i podciągnął go do pionu.
-
Możesz chodzić? - spytał.
-
Chyba tak... - Głos miał słaby.
-
Musimy stąd uciekać, rozumiesz!? Już! - krzyknął, potrząsając
bratem, po czym zawinął jego rękę wokół ramienia i ruszył z
nim do poprzedniej sali.
Konie
już dawno uciekły. Przecisnęli się przez przymknięte drzwi sali
w chwili, gdy jeden z promieni ugodził w ich drugie skrzydło,
wyrywając je z zawiasów i miotając na drugi koniec świątyni.
Obaj poczuli, jak piach wlatuje im do nosa, mierzwiąc nieprzyjemnie,
ale nie mieli czasu, by się go pozbyć. Coś złapało za nogę
Artrexa i wyrwało go z uścisku jeźdźca.
-
Nhazul! - krzyknął chłopak. Jego głos był śmiertelnie
przerażony.
-
Trzymaj się! - ryknął jego brat, wyskakując w jego stronę.
Piasek
owinął się wokół nogi Artrexa i ciągnął go w stronę sali z
kryształem. Nhazul odruchowo złapał za szablę i ciął z góry w
piaskową mackę, przecinając ją w poprzek. Część owinięta
wokół kostki chłopaka rozsypała się i popłynęła po ziemi w
stronę swojej drugiej połowy. Młody jeździec zerwał się z
podłogi, ślizgając się stopami i popędził w stronę wyjścia,
tuż obok brata. Od portalu dzieliło ich zaledwie kilka stóp, gdy
usłyszeli za sobą potężny huk, a potem fala uderzeniowa zwaliła
ich z nóg i przygniotła do ziemi. Fala świecącego złotym
blaskiem piasku ugodziła w ich ciała, wbijając się głęboko w
skórę, tworząc jarzące się nieregularne, pozwijane kształty.
Ból był okropny. Czuli, jakby ktoś przypalał ich rozgrzanymi do
białości prętami żelaza. Piasek wciął latał po sali targany
nieznaną siłą, wydając przy tym ogłuszający szum. Artrex
przewrócił się na brzuch i przeczołgał do wyjścia. Każdy ruch
wymagał od niego niewiarygodnego wysiłku, ale w końcu udało mu
się wydostać ze świątyni. Słońce pustyni ugodziło w jego
oczy, lecz nie czuł jego żaru. Ból był zbyt silny, by mógł
czuć cokolwiek oprócz niego. Ktoś złapał go za szatę na
ramionach i przeciągnął kilka metrów dalej, po czym oparł na
jednej z kolumn, tyłem do świątyni.
-
Spójrz na mnie, Artrex! - powiedział Nhazul, głosem pełnym bólu
i cierpienia.
Klęczał
przed młodszym bratem. Chłopak spojrzał na jego twarz, ale słońce
oślepiło go. Widział jedynie wielką czarną plamę o ludzkich
kształtach tuż przed nim. Wielki cień ugodził w plecy Nhazula,
po czym owinął się wokół jego pasa i wyrwał w powietrze,
ciągnąc do świątyni.
-
Nhazul! - krzyknął Artrex, ale zaraz poczuł, jak piasek rozrywa
mu ścianki gardła.
Patrzył w milczeniu, jak
jego brat znika w portalu świątyni. Usłyszał ostatni huk,
po czym świątynia runęła, przysypując wszystko co było w
jej wnętrzu. Szum ucichł momentalnie, tak samo, jak krzyk
bólu Nhazula. Ból nagle zniknął, zagłuszony przez
całkowitą próżnię, jaka powstała w głowie chłopaka.
Pociemniało mu przed oczami i runął na ziemię, uderzając
skronią o gruzowisko.
~*~*~*~*~*~
Szary,
kamienny sufit był jedynym co widział. Skupił wzrok na małym
pająku, tkającym sieć w rogu pomieszczenia. Bolał go kark, bolała
go głowa, bolały go ramiona, piekły mięśnie, swędziały oczy, a
skóra, w miejscach, gdzie został ugodzony zaklęciem, piekła,
jakby ktoś przykładał tam lód przez bardzo długi czas.
Przez
uchylone okno czuć było zapach wiosny. Chłodny, orzeźwiający
wiatr delikatne muskał jego policzki, dając chwilę ukojenia od
bólu promieniejącego ze wszystkich części ciała jednocześnie.
Przekręcił głowę w stronę falującej firanki. Zasłaniała widok
na zewnątrz, ale i tak był w stanie dostrzec długi pas zieleni
ciągnący się po horyzont oraz zarysy Gór Wysokich, z tej
odległości wydających się nie większe, niż jakikolwiek inny
masyw górski. Zacisnął powieki, wyciskając łzy na policzki.
Otworzył oczy, ale widok za oknem nie był już taki sam. Za białą,
gładką firanką pojawił się wyraźny cień, jakby ktoś ustawił
tam pomalowaną na czarno kukłę. Materiał wydał z siebie chichy
szelest, przypominający szum wiatru. Edan momentalnie dostrzegł
przed sobą błysk metalu w miejscu, gdzie chwilę temu było tylko
powietrze. Zza przeciętej firany wyszła postać ubrana w czarny i
dość cienki wełniany płaszcz. Twarz skrywała pod kapturem,
zdobionym dwoma wąskimi paseczkami bieli u krawędzi. Edan westchnął
cicho, orientując się, że nie może poruszać ciałem.
-
Larkin... - wyszeptał głosem tak obcym, że przeszły go ciarki.
Mężczyzna
nie odpowiedział, ani nie uczynił żadnego gestu. Przechylił
ostrze płazem ku górze i wbił je w lewe ramię chłopaka.
Przeraźliwy chłód oblał go od piersi po czubki palców.
Świat
wokół pociemniał w jednej chwili, zalewając pokój srebrną
poświatą. Edan widział więcej, niż kiedykolwiek, nawet jako mag.
Świat nie stracił dla niego nic ze swej jasności, a jedynie nabrał
zimniejszych, fioletowych odcieni. Po bólu w ramieniu nie pozostał
nawet ślad, wszelkie inne części ciała odzyskiwały dawne siły.
Zamknął oczy, a gdy je otworzył, ujrzał jasnożółte promienie
zachodzącego słońca wpadające przez okno. Firanka była
odsunięta, ukazując oślepiające światło wieczoru. Pająk w rogu
pokoju utkał już dawno swoją sieć i czekał w cieniu na
nienaturalnie hałaśliwą muchę, brzęczącą irytująco. Gdy Edan
zamknął oczy wszystko ucichło, a jego twarz znów zalał rześki
chłód wiosennego poranka. Słońce świeciło krwawym i bladym
blaskiem, odbijając się od mokrego parapetu z siwego kamienia. Bóle
zniknęły całkowicie, zastąpione zmęczeniem i głodem. Powoli
poruszał zdrętwiałymi palcami. Mimo że nie cierpiał, to jego
ciało znacznie osłabło. Ścisnął drewnianą ramę łóżka,
usiłując poddźwignąć się do siadu. Łóżko zaskrzypiało tak
przeraźliwe, że aż rozbolały go zęby. Zsunął się na krawędź
łóżka i dotknął stopami podłoża. Bose palce zaprotestowały,
gdy zetknęły się z lodowatym kamieniem, ale nie cofnął ich.
Schował głowę między nogami, opierając czoło na dłoniach.
Zemek drzwi szczeknął donośnie,
a klamka odbiła, gdy otwarły się. Przez próg przeszło kilka
osób, które Edan zobaczył przez rozchylone palce. Otarł twarz
rękoma po czym wyprostował się.
-
Dzień dobry, chłopcze - powiedział ciepło Artair, łapiąc go za
ramiona i lekko potrząsając. - prawie cztery tygodnie - dodał,
widząc składające się do pytania usta ucznia i cofnął się pod
ścianę.
-
Witaj, Edanie - doszedł go głęboki, dojrzały głos, krzepiący
jak ciepłe piwo z miodem i imbirem w zimę.
-
Laurent... - odparł chłopiec, widząc ciemnoszkarłatny, potargany
płaszcza mężczyzny, stojącego przed oknem, tuż obok Artaira.
Długie, czarne, nierówno przycięte włosy pływały gdzieś
dookoła tułowia.
Edan
rozejrzał się po pokoju. W nogach łóżka stała dwójka
nieznanych mu osób: krótko obcięty brunet o szmaragdowych oczach
błyszczących, jakby były z prawdziwego kamienia oraz długowłosa
szatynka o okrągłej twarzy i dużych, brązowych oczach. Po ich
prawej stronie o łóżko opierał się Kajedian w czarnych swetrze w
golfie i luźnych, ciemnych spodniach z mnóstwem kieszeni i
miedzianymi sprzączkami, zwisającymi z paska. Uśmiechał się
łobuzersko i puścił do Edana oczko.
-
A więc w końcu cię widzimy - powiedział brunet młodzieńczym,
energicznym głosem. - Jesteś trochę bardziej piegowaty, niż
wynikałoby z opisów Screamgoura i masz nieco inne włosy... Ale nie
martw się, lubimy cię mimo to - uśmiechnął się, szczerząc
zęby.
-
Słaby dowcip. To nawet nie był dowcip - wszystkich doszedł głos
gdzieś z progu drzwi.
Dwójka
nieznajomych rozstąpiła się, patrząc w tamtym kierunku, ukazując
Edanowi młodego chłopaka ubranego identycznie jak Kajedian,
uśmiechającego się wesoło i opierającego plecami o framugę, z
rękami skrzyżowanymi za krzyżem.
-
Screamgour! - krzyknął radośnie Edan, widząc dawnego przyjaciela.
-
Cześć! - odparł krótko, odbijając się nogą od framugi i
wstępując do drzwi. - Kopę czasu. - mruknął, wpatrując się w
piegowatą i chudą twarz chłopaka. - A zarostu nadal próżno u
ciebie szukać.
Edan
zaśmiał się, podobnie jak reszta obecnych z drobnymi wyjątkami.
Uśmiechu nie widać było u Laurenta, chowającego większą część
twarzy za wysokim kołnierzem płaszcza oraz u bladego chłopaka,
młodszego od Edana co najmniej o trzy lata, stojącego pod ścianą
za plecami Edana. Bardziej przypominał trupa niż człowieka, co
jeszcze bardziej podkreślały jego białe włosy i mętne,
niebieskie oczy.
-
Kilian - powiedział nieco wstydliwie, patrząc na pościel.
-
Edan - odparł chłopak przez ramię, uśmiechając się przyjaźnie.
Na
chudej twarzy Kiliana pojawiły się drobne jak nitki żyły,
nabiegające krwią, tworząc drobne i niesymetryczne czerwone kwiaty
- rumieńce.
-
Nie martw się, Kilian nie zna tu prawie nikogo - powiedział Artair.
- Przyszedł na moją prośbę i myślę, że gdyby nie moje namowy,
to wstydziłby się nawet podziękować Screamgourowi.
-
Za co? - zdziwił się Edan.
Stary
mag otworzył usta, by coś powiedzieć, ale przerwał mu Screamgour.
-
Widzisz, gdy ty postanowiłeś zemdleć i odpoczywać, inni ciężko
pracowali i ratowali innych przed upadkiem z kilkuset łokci -
powiedział z uśmiechem.
-
Można to ująć i w takie słowa - mruknął Artair.
-
Szczerze, to nawet lepiej to wyszło, niż pompatyczne przemówienie,
które pewnie pan przygotowywał, prawda? - rzucił brunet. - A
przynajmniej trochę zabawniej. Na przemówienia jeszcze przyjdzie
czas, teraz wolę się pośmiać, niż opłakiwać prawie zmarłych.
-
Lepiej tego ująć nie mogłeś, Ragnarok - skwitował Kajedian. -
Właśnie! Przecież nie znasz niektórych gości! - zawołał,
wznosząc palec ku niebu. - Wybacz nam, że zapomnieliśmy o dobrym
zachowaniu, ale radość z twojego przebudzenia jakoś przytłumiła
nasze maniery - ukłonił się teatralnie, wywołując powszechną
wesołość. - Ten brunet to Ragnarok, dawny członek ruchu oporu.
Nie jest magiem, ale walczy naprawdę nieźle. Z kolei dziewczyna -
wskazał na szatynkę, która skłoniła się delikatnie i
uśmiechnęła wesoło - to Lightning. Pochodzi zza Gór Wysokich i
jest magiem, podobnie jak większość z nas. Z kolei ten blady pod
ścianą to Kilian. Wygląda niepozornie, ale potrafi dać w kość
magom Larkina. No i...
-
No i zaprosiliśmy jeszcze jedną osobę - przerwał mu Artair. - Ale
jak widać, nie dotarła na czas. Pewnie stawi się za...
Urwał,
gdy do pokoju wszedł młody mężczna karnacji ciemniejszej niż
werglańska z krótką bródką i umięśnionymi ramionami schowanymi
pod białą jak śnieg szatą asasyna, z wyszytym szkarłatną nicią
symbolem bractwa na piersi. Długie do czubka nosa czarne, potargane
włosy zasłaniały opalone czoło.
-
Artrex, w końcu przybyłeś... - powiedział Artair.
-
Przepraszam - powiedział donośnie i z dumą, głos miał nieco
szorstki. - Zatrzymały mnie inne sprawy, ale już jestem. Witam
wszystkich, a w szczególności ciebie, Edanie. Już się
widzieliśmy, prawda? - spytał, uśmiechając się delikatnie.
-
Nie chcę cię urazić, ale nie pamiętam cię, mimo że kojarzę
skądś twoją twarz.
-
Niczym mnie nie uraziłeś - zaśmiał się głośno. - Widzieliśmy
się ledwie chwilę, gdy walczyłeś z Nhazulem. To ja, jego brat.
Pamiętasz już?
-
Racja... - powiedział, przeciągając ostatnią literę. - Tak,
przypominam sobie już. Walczyłeś z nim, prawda?
-
Owszem - uśmiechnął się.
Edan
dopatrzył się w tym uśmiechu czegoś więcej, niż reszta
zgromadzonych. Ujrzał w nim dziwny błysk, identyczny jak w oczach
Nhazula. Strach przeszył jego brzuch lodowatym szpikulcem, ale
chłopak nie dał tego po sobie poznać.
-
No - przerwał Artair. - Więc skoro wszyscy się już przywitali i
nacieszyli nim oczy, bardzo przepraszam, ale będę musiał wyprosić
większość z was. Niech pozostanie jedynie Screamgour, i Laurent
oraz, rzecz jasna, ja.
Nie
wymienieni przez maga postąpili powoli w stronę wyjścia, żegnając
się krótkimi „do zobaczenia” lub „żegnaj”. Jedynie
Ragnarok rzucił przez ramię „dobranoc”, a Lightning pomachała
mu na dowidzenia. Screamgour zamknął drzwi i podszedł powoli do
łóżka, by w końcu stanąć w jego nogach. Laurent i Artair nie
ruszyli się z miejsca. Przez dłuższą chwilę nikt nic nie
powiedział.
-
Dobrze, że się obudziłeś - zaczął Artair. - Widzisz, chłopcze.
Nie chcę psuć ci dobrego nastroju, lecz nie mogę tego odsuwać w
czasie. Zresztą, nigdy nie byłoby odpowiedniego momentu, by ci to
powiedzieć.
-
O co chodzi? - spytał Edan, którego mina stopniowo przybierała
wyraz nieufnego zaniepokojenia.Artair westchnął.
-
Larkin nie został pokonany, ale tego pewnie się domyśliłeś...
-
Tak - przerwał mu chłopak. - Inaczej od razu byście mi to
powiedzieli.
-
Owszem. Jednak to nie jest najgorsza wiadomość... Nie, nie
przerywaj mi, proszę. Otóż Larkin, gdy powalił cię, zdążył
założyć na tobie pieczęć.
-
Konkretniej, na twoim lewym ramieniu - wtrącił się Laurent.
-
Więc co za problem? Każdą pieczęć można zdjąć. - Edan zdziwił
się i rozluźnił.
-
Gdyby to było takie proste, już byś jej nie miał - odparł
Laurent.
-
Próbowaliśmy, ale to nie jest normalna pieczęć - powiedział
Artair. - Wygląda na to, że Larkin poznał sztuki, o których my
zapomnieliśmy już dawno temu.
-
To znaczy? - spytał Screamgour.
-
To znaczy, że potrafi składać pieczęci żywiołów. To
najpotężniejsza forma pieczęci, jaka istnieje, mimo że sama w
sobie nie ma żadnej mocy i żadnego wpływu. Dopiero mag je nadaje,
a ich moc zależy od mocy jego samego. Dziw bierze, że zapomnieliśmy
o ich istnieniu. Ostatnia taka pieczęć została złożona, gdy
ludzie toczyli jeszcze wojny z krasnoludami o południowe krańce Gór
Srebrnych.
-
Więc wiedza o nich przepadła, a Larkin odzyskał ją na nowo,
dobrze rozumiem? - rzekł Edan.
-
Tak.
-
Więc skąd tyle o nich wiesz, Artairze? - spytał Screamgour nieco
podejrzliwie.
-
Zaraz po bitwie pod Soroc udałem się do siedziby Ordo Lumen.
Wszyscy magowie ją opuścili i założyli dziesiątki pieczęci. Nie
martw się, Larkinowi nie uda się tam dostać. Szczególnie teraz,
gdy wojna nie układa się po jego myśli.
-
A co dokładnie się dzieje? - zaciekawił się Edan.
-
Przez ostatnie kilka tygodni udało nam się rozgromić armię
Helgianu, która uciekła spod Soroc oraz zdobyć Chor. Oczywiście,
wątpię, by udało się to, gdybyśmy nie zawarli sojuszu z Loyd.
-
Z kim? - zdziwił się Edan. Nigdy wcześniej nie słyszał tej
nazwy.
-
Pewnie nie pamiętasz, gdy podczas bitwy pod Soroc od strony gór
nadchodziła spora armia, strzelająca w nas metalowymi kulami, co? -
spytaj Screamgour z przekąsem w głosie.
-
Pamiętam.
-
Właśnie to była armia Loyd. Gdy uciekłeś od nas, by dostać się
do Larkina, wyruszyłem z Ragnarokiem i Conchanem na południe, za
Góry Wysokie. Tam odnaleźliśmy inne państwo, o którym nie
mieliśmy zielonego pojęcia. To właśnie państwo Loyd Wschodnie i
Zachodnie.
-
Więc postanowili nam pomóc?
-
Nie. A przynajmniej nie dzięki nam. To Laurent ich przekonał. Mamy
w końcu wspólnego wroga, prawda? - uśmiechnął się.
-
Dobrze, ale nadal nie wiem co z tą pieczęcią.
-
Otóż my również nie wiemy zbyt wiele. Jedynie tyle, że pieczęć
osłabia moce magiczne, z kolei wielokrotnie wzmacnia fizyczne
zdolności nosiciela. Wątpię jednak, by to było celem Larkina.
Pieczęć musi mieć inne, mroczniejsze zdolności - powiedział
Artair.
-
A jak chcecie je poznać?
-
Jedynym sposobem, jaki mamy, jest obserwacja tego, co się z tobą
dzieję. Do tej pory wiemy tylko tyle, że wszelka magiczna
interwencja w pieczęć z naszej strony powoduje wzmocnienie jej
siły i wpływu na twój organizm. Dlatego nie możemy przeprowadzić
żadnego badania przy pomocy magii. Przykro mi, chłopcze, ale musisz
poczekać.
-
Mogę chociaż zobaczyć tą pieczęć?
-
Oczywiście - odparł Artair.
Screamgour
podszedł do przyjaciela i pomógł mu wstać, podciągając go za
ramiona. Edan wstał, a kolana od razu zgięły się żałośnie pod
ciężarem ciała. Oplótł Screamgoura ręką i doszedł u jego boku
do lustra w rogu pokoju, bardziej odpychając się nogami od ziemi,
niż po niej chodząc. Stanął przed zwierciadłem, trzymając się
kurczowo kamienia wystającego ze ściany. Przyjrzał się swojej
twarzy. Była inna niż ją zapamiętał. Policzki zapadły się do
środka, podobnie jak cienkie, granatowe powieki, próbujące ukryć
przekrwione, mętne oczy. Delikatne, choć liczne piegi nabrały dużo
intensywniejszego i niezdrowego wyglądu, upodabniającego je do
ospy. Na chudej i cienkiej szyi wystawały ścięgna i najdrobniejsze
żyły. Obsunął lnianą, białą koszulę z piersi. Obojczyki
sterczały, obtoczone trupią skórą, a niedaleko nich, po lewej
stronie czerniała czarna plama, wyglądająca jak chmura. Gdy
przyjrzał się jej uważniej, dojrzał, że w niektórych miejscach
jest starta, jak farba na bardzo starym murze. Pod wierzchnią
warstwą pieczęci kryła się druga, uformowana w coś
przypominającego łuki. Dotknął jej powierzchni czubkami palców,
a jego ciało przeszyła fala chłodu promieniującego od ramienia i
wbijającego się coraz dalej w ciało, jak lodowe sople. Syknął
cicho.
-
Ta pieczęć nie przypomina mi żadnej, jaką do tej pory widziałem.
Ale zdaje mi się, że pod nią jest jakaś inna - powiedział.
-
Wiemy, tak działa ta pieczęć. To co widzisz teraz, to okres
przejściowy. Jest jak młoda larwa, która zaraz po narodzeniu
przekształca się w kokon, by potem wyjść na zewnątrz jako motyl,
dużo potężniejszy niż pierwotna forma. Nigdzie jednak nie
znalazłem informacji o tym, jak działa pieczęć po uzyskaniu formy
ostatecznej. I nikt tego nie znajdzie. Ta pieczęć, jeśli osiągnie
ostatnie stadium, będzie jedynym przykładem pieczęci cienia, która
tego dokona.
-
Mówisz o niej tak, jakby posiadała świadomość - zaśmiał się
Edan. - Przecież to tylko pieczęć.
-
Mówię tak, bo wykazuje ona cechy inteligentnej istoty. Szczerze
mówiąc, bardziej przypomina symbionta - dodał, widząc zdumienie
na twarzy Edana. - Nie martw się tym jednak. Widzę, że sprawa
pieczęci wciągnęła cię tak bardzo, że nie dojrzałeś
największej zmiany w swoim wyglądzie.
Edan
ponownie zajrzał w zwierciadło i powiódł zmęczone, przymrużone
spojrzenie ku jego szczytowi. Złapał się wolną ręką za głowę.
-
Moje... włosy - wymamrotał.
-
Tia, jesteś rudy - zaśmiał się Screamgour, widząc zaskoczoną
twarz przyjaciela.
Edan
zganił się w myślach, jak mógł wcześniej tego nie zauważyć.
Jestem zbyt zmęczony, chyba będę musiał jeszcze trochę
odpocząć, niż odzyskam dawną sprawność.
-
Co się z nimi stało? - spytał, obracając się ku Artairowi.
-
Wybacz mi, jeśli wolałeś ich stary kolor, ale to moja wina.
Widzisz, pieczęć cienia ma to do siebie, że bardzo szybko
przekształca się w swoją silniejszą formę, a wolimy walczyć z
tą słabszą, o której cokolwiek wiemy. Dlatego musiałem użyć
techniki permanentnej pieczęci na twojej pieczęci wybrańca. Wpływ
energii Ardensa zdaje się mieć silny wpływ na pieczęć cienia.
Znacznie spowalnia jej transformację, co daje nam znacznie więcej
czasu na badania i szukanie sposobu pomocy. Co więcej, energia
feniksa niweluje osłabienie twoich magicznych zdolności, a wręcz
je zwiększa. Jesteś więc silniejszy niż kiedyś, choć radzę ci
z tego nie korzystać, jeśli nie musisz.
-
Czemu? - Na jego twarzy wykwitła mieszanka zdziwienia i zawodu.
-
Wszelkie użycie magii zwiększa prędkość przekstałcania się
pieczęci i zwiększa jej wpływ na twój organizm. Nie wiemy jak ten
wpływ wygląda, ani jak dużo on będzie, jednak.... lepiej nie
ryzykować.
-
Dobrze, mistrzu. Postaram się - rzekł, uderzając się pięścią w
pierś. Zachwiał się i runąłby na ziemię, gdyby Screamgour nie
przytrzymał go w pionie.
-
Lepiej połóż się do łóżka - mruknął Laurent. - Odpoczywaj.
-
Nie! - rzucił stanowczo, odpychając Screamgoura. - Leżałem już
dość długo. Pora, żebym zaczerpnął trochę świeżego
powietrza. Nie odzyskam sił, jeśli będę ciągle tutaj leżał.
Artair
zaśmiał się wesoło.
-
Dobrze - rzekł. - Tylko najpierw się przebież. W ciągu ostatnich
tygodni nie zmieniło się przynajmniej to, że ludzie nadal dość
źle reagują na osoby paradujące w środku dnia po mięśnie w
piżamie.
Edan
zaśmiał się, po czym usiadł na łóżku.
-
Pora, żebyśmy zostawili go samego - rzekł Laurent. - Artairze,
Screamgourze.
-
Już wychodzimy. Do zobaczenia Edanie - rzucił Artair, po czym
wyszedł, nie zamykając za sobą drzwi.
-
Nie przemęczaj się - mruknął Laurent, przechodząc przez próg,
nie odwracając się.
Screamgour
przez cały czas stał przy drzwiach, opierając się o ścianę i
trzymając ręce za plecami.
-
Miło, że jesteś znowu z nami, przyjacielu - powiedział.
-
Wzajemnie - odparł Edan, uśmiechając się. Screamgour odpowiedział
mu tym samym.
Wyszedł
przez drzwi.
-
Jestem na balkonie na końcu korytarza - rzucił przez ramię,
zamykając drzwi.
Edan
nie zdążył odpowiedzieć. Zbyt skupił się na nieco przybrudzonym
bandażu, zawiniętym na prawym przedramieniu Screamgoura, który
chłopak od razu zakrył rękawem swetra.
~*~*~*~*~*~
Drzwi
otwarły się, łagodnie trąc naoliwionymi zawiasami. Gruba,
kauczukowa podeszwa białego buta jeździeckiego uderzyła w
czerwony, ciągnący się przez długi na pięćdziesiąt metrów
korytarz, sokatrański dywan. Druga noga odziana w spodnie z
agatowego dżinsu przestąpiła przez próg. Zamek drzwi szczęknął,
zamykając się. Edan westchnął głęboko i powoli wypuścił
powietrze, zamykając oczy. Umysł omamił słodki zapach białych
kwiatów, stojących na stoliku obok drzwi. Chłopak rozejrzał się
i ruszył w stronę drewnianego balkonu, wystającego na wschód
zamku. Drgania podłogi, częściowo wygłuszone przez dywan,
docierały do jego uszu, rzęs i czubków palców. Odbierał dźwięki
w całkowicie inny sposób, niż dawniej. Mimo tego, co powiedział
Artair, był bardzo zadowolony z owej przemiany. Zdolności jego
zmysłów przewyższały wielokrotnie to, czym dysponowali zwyczajni
ludzie, czy nawet magowie lub elfy, którzy i tak byli nienaturalnie
wyczuleni na wszelkie rzeczy, które mają fajną nazwę, której za
ch*ja nie pamiętam w tym konkretnym momencie. Odczuwał w sposób
inny niż dotąd. W sposób bardziej zwierzęcy, niż ludzki, lecz
tak naprawdę całkowicie nowy.
Na
ścianach, wyłożonych ciemną boazerią wisiały dziesiątki
obrazów, sąsiadujących z gazowymi lampami, schowanymi w
kształtnych szklanych słojach. Edan mijał po drodze wiele drzwi,
lecz pierwsze dostrzegł dopiero u kresu swej wędrówki. Wszystkie
były niemal idealnie ukryte, zakamulfowane pod boazerią. Jedynymi
elementami, które zdradzały ich położenie, były spore odstępy
między gęsto wysypanymi obrazami i ciemne, drewniane gałki,
sterczące ze ścian na poziomie dłoni - klamki. Zatrzymał się
przed podwójnymi, oszklonymi w całości, pomijając sosnowe,
rzeźbione z obu stron ramy, drzwiami. Zajrzał do środka i ujrzał
Screamgoura, prażącego się w chłodnym blasku wiosennego słońca
na jednej z dwóch wiklinowych leżanek. Edan wszedł do środka i
bez słowa położył się na drugiej, stojącej po przeciwległej
stronie wejścia. Wiklina jęknęła pod ciężarem maga i skrzypnęła
boleśnie, gdy odchylił się ostrożnie. Drzwi zamknęły się same,
jakby w zawiasach ukryto grube sprężyny, cicho stukając.
-
Więc, jak się masz, kolego? - spytał Edan, nie mogąc dłużej
wytrzymać ciszy.
Screamgour
westchnął cicho, po czym pociągnął łyk ze szklanki i odłożył
ją z powrotem na etażerkę.
-
Nie sądzę, by udało nam się wygrać... - mruknął cicho.
Edan
zmarszczył czoło.
-
Co? - spytał, zdziwiony.
-
Niedługo wyruszymy pod Shras. Jeszcze nie wydano takiego rozkazu,
lecz to pewne. Od kilku tygodni przesiadujemy w tym mieście
bezczynni, czekając na odwet nieprzyjaciela, który z kolei czeka na
nasz ruch. Boję się, że możemy stamtąd nie wrócić...
-
Czemu? Przecież jesteśmy magami, nie dajemy się tak łatwo.
-
Tak! Ale oni mają znacznie liczniejsze szeregi magów! Poza tym,
jesteś chory.
-
Artair mówił, że nie wiedzą dokładnie co robi ta pieczęć.
Prawdopodobnie nic takiego...
-
Wątpię - przerwał mu Screamgour. - Pomyśl, czy Larkin marnowałby
okazję na zabicie cię, by założyć bezużyteczną pieczęć? Nie
sądzę. Musisz uważać...
-
Przestań! - krzyknął Edan, zrywając się z miejsca. - Nie pouczaj
mnie. - Jego umysł zamroczyła jakaś nieznana mu siła. Nie
potrafił przeciwstawić się jej potędze. Po tej krótkiej chwili
wściekłości opuściła jego świadomość i wycofała się z
powrotem, przywracając spokój i opanowanie. Potrząsnął głową,
jakby chciał się z niej pozbyć resztek zła.
-
Nie miałem zamiaru - odparł Screamgour spokojnie, choć przez
moment w jego oku mignął strach. - Wiesz co? Wydaje mi się, że
przydałoby ci się trochę ruchu, co? - uśmiechnął się
szelmowsko.
-
Co masz na myśli? - W oczach Edana błysnęła iskierka.
-
Dawno nie walczyłeś, a nie chcemy, byś wyszedł z wprawy. Ty
zresztą też tego nie chcesz. Więc pomyślałem, że zainteresuje
cię, że niedaleko znalazłem całkiem spory kawałek ziemi, wprost
idealny do pojedynków. Co ty na to?
-
Gdzie?
Screamgour
nie odpowiedział, a jedynie uśmiechnął się i wstał z krzesła.
Edan podniósł się i stanął za nim.
-
Naszą broń trzymają w magazynie. Jest na samym dole zamku.
-
Daleko to?
-
Kilkadziesiąt łokci pod nami.
-
Jakoś nie uśmiecha mi się złazić po schodach... - mruknął,
splatając ręce na piersi.
-
Wiesz... mi również - rzucił Screamgour przez ramię, po czym
przeskoczył balkon.
Edan
doskoczył do poręczy i wyjrzał za nią, lecz nie zauważył
nigdzie przyjaciela. Żylasta ręka chwyciła go za kołnierz i
pociągnęła w dół.
Spadali
razem, tuż obok siebie, z rękami rozpostartymi jak ptasie skrzydła.
Po twarzach smagały ich batogi wiatru i pyłu, pchającego się we
wszystkie dziury, o których istnieniu ich posiadacze nie mieli dotąd
zielonego pojęcia. Ziemia zbliżała się niepokojąco blisko, a
świst powietrza w ich uszach wciąż narastał. Screamgour wykręcił
rękę za siebie i chwycił się nią za kamienną rynnę. Głaz
zakołysał się pod jego palcami. Edan uchwycił się tuż obok
niego i zahamował nogami o ścianę. Cegła wysunęła się z
łożyska, a chłopak poczuł, jak jego ciało odchyla się w tył,
ciągnięte przez grawitację. Koścista dłoń Screamgoura chwyciła
go za przegub i podciągnęła powoli, dając czas na chwycenie się
czegoś. Puścili się i i spadali piętra niżej, łapiąc się za
bruzdy w murze, aż poczuli ziemię pod nogami.
-
Przez twoje kretyńskie pomysły gówno byście mieli, a nie wybrańca
- syknął Edan, otrzepując buty z kurzu, ostukując je o mur.
-
Nie marudź, panie „jakoś nie uśmiecha mi się schodzić po
schodach” - odparł mag, obchodząc mur, po czym zniknął w
brukowanej uliczce, między dwiema liniami domów z brunatnej cegły
i z błyszczącymi, zaśniedziałymi miedzianymi dachami.
Edan
snuł się ulicą, wsłuchując się w miarowy stukot podeszew,
uderzających w lśniący kamień. Ludzie mijali go i obracali głowy,
pierwszy raz widząc postać ubraną w tak dziwaczny sposób,. w
dodatku idącą środkiem drogi, zamiast chodnikiem. Spojrzał na
dachy. Co chwila kątem oka dostrzegał na nich rozmazane cienie,
śmigające w te i we wte, zdające się śledzić go od momentu
wyjścia z zamku. Wyszedł za zakręt i ujrzał otwartą bramę z
szarej cegły. Z jej górnej szczęki sterczały żeliwne kraty, a
szkarłatne policzki z lakierowanego dębu, wzmacnianego stalą
otwierały się szeroko na zewnątrz. U podstaw baszt stały straże
ubrane w srebrzyste kolczugi, obrzucone niebieskimi tunikami ze
srebrnym rosomakiem na piersiach. Przepuściły go bez słowa, wiodąc
za nim wzrokiem jeszcze przez dłuższy czas. Drzewa wzdłuż drogi
bieliły korony pączkami, na których lśniły krople rosy, która
ukryta w cieniu liści, wciąż nie zdążyła wyparować. Liście
zaszeleściły za nim, a drobne kropelki spadły z cichymi stukami na
trawę. Edan odwrócił się i od razu dostrzegł Screamgoura,
kucającego na gałęzi. Na jego twarzy wymalowało się zdziwienie.
-
Usłyszałeś mnie? - spytał niepewnie.
-
Tak - odparł Edan. - Nie. Usłyszałem tylko szum liści i krople
wody.
Screamgour
skręcił głową, zastanawiając się nad tym, co powiedział jego
przyjaciel.
-
Czy tylko słuch? - spytał po chwili.
-
Nie. Jestem też w stanie dostrzec w nocy pająka tkającego
pajęczynę w najciemniejszym miejscu pokoju, poczuć muśnięcie
kwiatowego pyłku na skórze i wyczuć kroplę soku rozpuszczoną w
bali wody zarówno nosem jak i językiem.
Screamgour
zeskoczył i ruszył żółtawą od pyłu ścieżką.
-
Chodźmy - rzucił, nie odwracając się.
Ruszyli
drogą i po chwili skręcili, przeskakując zarośnięty mchem
kamienny rów, biegnący wzdłuż trasy. Szli rzadkim lasem, przez
chwilę oślepiani smugami światła, odbitymi od śliskich liści.
Wyszli na polanę, porośniętą obficie słomkową trawą, sięgającą
piersi, w której odmętach tonęły bez śladu zarówno buty, jak i
kolana czy pas.
-
To tu?
-
Tu - odparł Screamgour, rzucając Edanowi pochwę ze skórzanym
pasem.
Chłopak
oplótł się pasem i wyszarpał z ubogiej pochwy miecz o prostym,
zarówno kształtem, jak zdobieniem, jelcu i jeszcze prostszej
rękojeści. Uniósł go przed sobą i dokładnie obejrzał,
przeciągając palcami po ostrzu.
-
Gdzie mój miecz? - spytał spokojnie, lecz ostatnia litera zdania
zadrżała, zdradzając niepewność i obawę.
-
Przykro mi, że muszę ci to mówić, lecz nie mamy go... - rzekł,
nie kryjąc smutku. - To był niezwykle potężny miecz, potężniejszy
niż jakikolwiek inny magiczny oręż. Jednak Larkin dobrze o tym
wiedział i odebrał ci go, gdy tylko straciłeś przytomność.
Próbowałem go odebrać, ale nie udało mi się. Przykro mi...
-
Nic się nie stało - odparł beznamiętnie, wpatrując się tępo w
ziemię. - Poradzę sobie bez niego. W sumie, to również mój
miecz, choć bardzo długo z niego nie korzystałem...
-
Mogę cię jedynie pocieszyć, że nie ty jeden coś utraciłeś. -
Szybkim ruchem sięgnął za głowę i wyjął z pochwy,
przytroczonej do pleców, swój miecz - Kazeramer.
Edan
z początku nie dostrzegł różnicy. Dopiero, gdy Screamgour uniósł
miecz przed sobą dostrzegł, że jest złamany. Cięcie szło po
idealnie prostej linii, jakby ktoś przepołowił miecz z chirurgiczną precyzją i starannie go wypolerował.
-
To ty zasłoniłeś mnie przed techniką Larkina...
-
Owszem. Na szczęście nie przelał do niej zbyt wiele energii, wiec
miecz został jedynie złamany, nie tracąc swoich magicznych
właściwości. Wciąż mogę go używać, lecz teraz jest... zbyt
mały, by walczyć z potężniejszymi magami.
-
Więc jak chcesz wygrać ze mną? - spytał Edan. Nastała chwila
ciszy, w której patrzyli w siebie złowrogo, po czym zaśmiali się
rubasznie.
-
Dość gadania - wydusił Screamgour, hamując wesołość. - Twój
ruch!
Edan
przykucnął i naprężył się do skoku. Wystrzelił w przód z
prędkością strzały i ciął pod kątem z dołu. Screamgour
okręcił się w piruecie i wyprowadził z góry ciężkie uderzenie
całym ciałem. Mag skręcił się nad ziemią i odbił w prawo,
unikając miecza, który tąpnął w ziemię jak młot. Obaj obrócili
się i uderzyli ze skrętu tułowiem. Ostrza zderzyły się, sypiąc
iskry. Odskoczyli od siebie na kilka metrów, bojąc się stać tak
blisko rywala.
-
Wyszedłem z formy - mruknął Screamgour, kręcąc nad głową
młynka mieczem bardziej przypominającym rzeźnicki tasak. - Jeszcze
niedawno przeciąłbym cię na pół, gdy turlałeś się pode mną
jak żmija.
-
Gdybyś miał nieco dłuższy miecz... Jeśli wiesz, co mam na myśli
- syknął złośliwie i posłał mu szyderczy uśmieszek.
Wyciągnął
przed siebie rękę i wystrzelił salwę kilkudziesięciu pocisków,
rozpryskujących się w powietrzu na drobniutki śrut, podpalający
suchą trawę. Screamgour uskakiwał jak błyskawica, rozmywając się
w powietrzu w ciemną smugę. Błysnęło błękitem i kula
wirującego powietrza ugodziła Edana prosto w brzuch, odrzucając na
drugi skraj polany. Obrócił się w locie brzuchem w dół i zarył
butami o ziemię, hamując. Piach wbijał mu się boleśnie pod
paznokcie. Wybił się i popędził, zatrzymując się kilkanaście
kroków przed przeciwnikiem. Screamgour stał spokojnie, ze
zwieszonymi rękami. W lewej dłoni lśnił Kagerendah. Słomki trawy
wyginały się w stronę techniki, kręcąc w powietrzu lekkie łuki.
Wysoki, luźny kołnierz swetra maga szamotał się nieskładnie,
podobnie jak długie, proste włosy, zaczesane na bok czoła. Edan
skupił całą wolę i uwagę na swojej lewej ręce, po czym zaczął
powoli przelewać do niej energię. Na dłoni pojawiła się
niewielka, szkarłatna kulka czystej energii, z początku rosnąca
powoli, później coraz szybciej. Po kilku sekundach nabrała
rozmiarów grejpfruta. Niewielkie błyskawice trzaskały z niej w
ziemię i wypalały w niej miniaturowe kratery. Chłopak ugiął nogi
w kolanach. Kula ciążyła mu w dłoni, ważyła dobre dwadzieścia
funtów. Tysiące wyładowań przepełniły polanę piskami i
świstem, przypominającymi świergot setek drobnych ptaków. Magowie
stali naprzeciw siebie, pogrążeni w ciszy i skupieni, wpatrując
się w siebie. Brązowe oczy Screamgoura świdrowały spojrzeniem
mściwe i straszne czarne oczy z cienkimi, pionowymi źrenicami.
Skoczyli jednocześnie, jak wystrzeleni z procy. Techniki zderzyły
się w powietrzu, a przeciwnicy zawiśli kilkanaście łokci nad
ziemią, na poziomie koron drzew, oblegających polanę mrocznym
kręgiem. Raikagan świszczał boleśnie w uszach i wypełniał całą
polanę błyskawicami, które od momentu zderzenia rozrosły się i
sięgały teraz na kilkadziesiąt stóp. Żyła na czole Screamgoura
pulsowała szybko, a on sam nie tyle oddychał, co wypuszczał
powietrze co kilka sekund jednym, ale potężnym i głośnym
wzdychnięciem. Edan ruszał ustami, jakby coś mówił, lecz
przeraźliwa wrzawa dźwięków obu technik zagłuszyła go
całkowicie. Uśmiechnął się jedynie złośliwie, po czym jego
twarz zniknęła za grubą błyskawicą. Screamgour czuł, jak ubywa
z niego energii. Jego ręka stopniowo zginała się w łokciu, aż w
końcu trzymał dłoń tuż przed twarzą. Widział dokładnie jak na
powierzchni kuli, którą trzymał w dłoni pojawiają się drobne
pęknięcia. Czuł bijące od techniki przeciwnika ciepło, które
stawało się coraz intensywniejsze i trudniejsze do wytrzymania. Coś
cicho chrupnęło i w tym samym momencie błękitna kula wirującego
powietrza rozprysnęła się na kawałki. Energiia uformowała w
powietrzu cienkie łuki, które po chwili rozmyły się i zniknęły.
Screamgour odruchowo chwycił Edana za przebug, odpychając od siebie
kulę gorącej jak magma energii. Spojrzał w oczy przeciwnikowi i
ujrzał w nich przerażającą, zimną nienawiść. Był to pierwszy
raz, gdy ujrzał to spojrzenie, które przewiercało człowieka na
wskroś i wypełniało ssącą wątrobę pustką. Błyskawica
ugodziła Screamgoura w bark. Mag odleciał kilkadziesiąt łokci w
tył, kręcąc beczki z ogromną prędkością. Ugodził w ziemię ze
stłumionym hukiem. Zebrało mu się na wymioty. Powoli podnosił się
z klęczek, patrząc na Edana, opadającego łagodnie na ziemię.
Wylądował niedaleko przed nim, otoczony przez płonącą trzcinę.
Chłopak podszedł do maga i wyciągnął rękę. Screamgour złapał
ją pewnie i podniósł się do pionu.
-
Pokonałeś mnie - zaśmiał się.
-
Tylko dlatego, że „nie byłeś w formie”, prawda? - rzucił
ironicznie.
-
Zamknij się - odparł, chichocząc.
Włożyli
miecze do pochew i wrócili na ścieżkę. Nie uszli kilku kroków,
jak usłyszeli stukot kopyt, a chwilę potem dojrzeli jeźdźca
wyłaniącego się zza wzniesienia. Zahamował tuż przed nimi, ryjąc
kopytami o ziemię i obrócił konia bokiem.
-
Witajcie, magowie. - Skłonił się w siodle. - Zarządca tego miasta,
lord Korlimix życzy sobie, byście stawili się w komnacie jadalnej
zamku. W razie, gdybyście nie znali drogi, mam przyjemność was
odprowadzić. Czy zechcą, panowie? - spytał grzecznie, nasycając
głos słodyczą.
-
Oczywiście - odparł Screamgour. - Jednak interesuje mnie, jak się
nazywasz.
Jeździec
uniósł brwi, słysząc to zdanie. Zaraz jednak pokręcił głową,
a jego twarz nabrała wyrazu skruszenia.
-
Wybaczcie, nie jestem przyzwyczajony, by ktokolwiek interesował się
moim imieniem, wielcy magowie.
-
Wystarczy, jeśli powiesz WIELKI MAGU - sprostował Edan ironicznie,
puszczając oczko Screamgourowi.
-
To jak się w końcu nazywasz, posłańcu? - spytał Screamgour,
wpuszczając w ostatnie słowo drobną nutę sarkazmu.
-
Michael - odparł. - Czy już możemy? Jest już prawie druga. Obiad
podają za czterdzieści minut.
-
Dobrze, Michael. Prowadź!
~*~*~*~*~*~
Sala
była dość opustoszała. Pustka i chłodna przestrzeń, oświetlona
jedynie przez kilka świec, wbitych w żeliwne świeczniki, wiszące
na kamiennych ścianach i stojące na długim, dębowym stole. Stały
przy nim ciemne, zakurzone krzesła obite czerwonym materiałem, na
których rozsiadło się w sporym rozproszeniu kilku magów i pewien
mężczyzna z ciemną brodą i zakręconym ku górze wąsem, którego
Screamgour skądś kojarzył. Michael skłonił się zgromadzonym, po
czym wyszedł, zamykając wysokie na osiem łokci wrota. Młodzieńcy
usiedli przy rogu stołu, obok siebie i zdala od reszty
zgromadzonych. Wszyscy się w nich wpatrywali. Raghnall, Artair,
dwójka magów, których nie potrafili rozpoznać oraz brunet
siedzący u szczytu stołu. Screamgour dopiero po chwili odkrył, że
naprzeciwko niego siedzi mężczyzna, z twarzą ukrytą w cieniu
ciemnobrązowego kaptura.
-
Witajcie, panowie - rzucił mężczyzna donośnym i grubym głosem,
wstając z krzesła i wypinając pokaźny brzuch. Miedziane guziki
szkarłatnego kontusza opinały się niebezpiecznie, gotowe
wystrzelić lada moment. - Nazywam się lord Korlimix i jestem
zarządcą tego zamku, o czym zapewne już wiecie. - usiadł i
nałożył na srebrny talerz spore indycze udko. - Jeden z was na
pewno mnie już skojarzył, jeśli nie rozpoznał. Tak, mówię o
tobie, Screamgour.
Wszyscy
popatrzyli na chłopaka, wyłączając nieznajomego w kapturze,
naprzeciw nich. Ten wciąż wpatrywał się w złote misy pełne
suszonych owoców.
-
Tak - rzekł Screamgour. - Pamiętam. Poznaliśmy się kilka miesięcy
temu w Werglo.
-
Owszem! Chciałem ci podziękować o niewymierną pomoc, jaką nam
udzieliłeś, przez swoją podróż. Niestety, wcześniej bogowie nie
dali mi sposobności, by ci to powiedzieć w twarz, a nie miałem
pojęcia, gdzie cię szukać.
-
Nic się nie stało - zapewnił Screamgour, lekko rozbawiony.
-
Jednak dość tego! - ogłosił Korlimix. - Jesteśmy tu w innym
celu. Mamy porozmawiać z najpotężniejszym człowiekiem w tym
zamku, jeśli nie na świecie. Artrairze, oddaję ci głos.
Artrair
wstał, poprawiając klapy płaszcza.
-
Witam cię, Edanie, Screamgourze. Witam wszystkich zgromadzonych,
których niestety wiele tutaj nie ma. - Mówiąc to, wodził wzrokiem
po wszystkich zgromadzonych, lecz ominął tajemniczą zakapturzoną
postać. Screamgour od razu zaintrygował się tym drobiazgiem.
-
Otóż, Edanie, jesteśmy tu, by porozmawiać o twojej przyszłości.
Przede wszystkim pragnę cię poinformować i przeprosić, że bez
twojej zgody przydzieliliśmy ci stałą ochronę Gwardii Cieni.
-
Nie mam nic przeciwko - uśmiechnął się chłopak.
-
Świetnie! Kontynuując, wiemy od owych strażników, że od momentu,
gdy Larkin nałożył na ciebie pieczęć utraciłeś część mocy
magicznej, za to zyskałeś siłę fizyczną oraz sprawność ciała
i zmysłów, jakiej pozazdrościć mogą ci najlepsi z magów.
Gratuluję, lecz ponownie przestrzegam cię, przed zbytnim
forsowaniem się z używaniem magii. Pominę tą część, bo
wszystkim zanudzę, łącznie z sobą. Proszę cię więc, byś
odpowiedział na jedno pytanie. Podczas walki z Larkinem dostrzegłem,
że uzyskałeś niespotykaną dotychczas u ciebie zdolność
przewidywania ruchów przeciwnika oraz dostrzegania obiektów,
których nikt inny nie widział. Prawda?
Edan
szybko sięgnął pamięcią do ostatniej batalii i przypomniał
sobie, że owszem, takie coś miało miejsce.
-
Tak, pamiętam. Po odblokowaniu pewnego poziomu pieczęci przestałem
widzieć normalnie. Widziałem jedynie czarne kontury przedmiotów,
osób i terenu, z kolei byłem zdolny do widzenia energii. Widziałem
ją jako fioletowy dym, wewnątrz technik i stworzeń.
-
Wystarczy, chłopcze. Raghnall, czy myślisz to samo co ja?
-
Owszem - odparł stary mag, siedzący obok Artaira. - To niewątpliwie
była Semua.
-
To znaczy? - spytał Korlimix.
-
To starożytna technika oczna, łącząca niemal wszystkie znane nam
techniki modyfikujące wzrok, jakie są powszechnie znane.Nie wiem
jednak, skąd ta technika u Edana - rzekł Artair.
-
To nic skomplikowanego - rzekł jeden z magów, których Screamgour
nie znał. - Starsi magowie, tacy jak ja czy Raghnall pamiętają, że
Ardens dysponował właśnie tą techniką, lecz nie potrafił jej
kontrolować. Prawdopodobnie kontakt z magiem umożliwił mu świadome
korzystanie z niej, co jest niezwykle korzystne również dla nas i
samego Edana.
-
Jak to, „posiadał”? - zdziwił się Edan.
-
Nie mówiłem ci tego, Edanie, bo nie było to istotnie - rzekł
Artair. - Lecz bestie, które są zapieczętowane w wybrańcach nie
zawsze powstawały w wyniku działań bogów. Czasami, choć bardzo
rzadko, bóg umieszczał już żyjące na świecie zwierzę w ciało
wybrańca. Podejrzewam, że właśnie to było powodem nadzwyczajnego
oporu, jaki stawiał Ardens. Z opowieści wiem, że za życia w swoim
własnym ciele był niezwykle agresywny i zabił niezliczone zastępy
magów. Aż pewnego dnia zniknął, by później znaleźć się w
tobie. Wybacz mi, ale naprawdę nie miałem czasu, by ci to wcześniej
powiedzieć. Trzeba było cię bardzo dokładnie przeszkolić w
bardzo krótkim czasie. Stanowczo za krótkim, byś w pełni pojął
swoją moc.
Screamgour
nie zwracał uwagi na to, co mówią zgromadzeni. Wpatrywał się w
postać w kapturze. Był to niewątpliwie mężczyzna, dość wysoki
i żeńskiej budowy. Z cienia wystawał jedynie dolny odcinek
wąskiej, trójkątnej szczęki. Całkowity brak zarostu dawał
wrażenie, jakby nieznajomy był niezwykle młody, choć wzrost oraz
kształt twarzy kompletnie na to nie wskazywały. Czuć było od
niego rzadko spotykaną wyniosłość i szlachetność, przeplatane z
chłodną powagą. Chłopak dopiero po chwili spostrzegł wyjątkowo
długi i wąski miecz, przytroczony u jego boku, obijający się
swobodnie o krzesło, pozbawiony jakiejkolwiek osłony.
-
Dark... - wyszeptał Screamgour tak cicho, że sam ledwie się
usłyszał.
Mężczyzna
odwrócił głowę w jego stronę i nieco ją uniósł, wyłaniając
z mroku swoją chudą, dziewczęcą twarz i platynowe włosy,
zwieszające się po policzkach. Uśmiechnął się przyjaźnie, lecz
mimo to był to uśmiech niesłychanie chłodny i wzdrygający.
-
Screamgour - mruknął lodowatym tonem. - wreszcie mogę ukazać ci
się w swojej pełnej postaci...
Chłopak
rozejrzał się przestraszony. Wszystko wokół zastygło. Artair
zamarł, gestykulując rękami, Edan półleżał na stole i
podpierał głowę ręką. Niewielki pająk znieruchomiał,
zwieszając się z parapetu po mokrej pajęczynie, w stronę
uwięzionej w sieci muchy. Na wpół obgryziony indyczy udziec
zatrzymał się na linni zębów Korlimixa, z których ściekała
wąska nitka śliny.
-
Tylko ty mnie widzisz... Nie martw się, nie umknie ci ani słowo z
ich rozmowy. Czas płynie dla ciebie inaczej niż dla nich.
-
Czemu mi się pokazujesz? Czemu mnie nie zostawisz?
-
Bo widzisz... Jesteś mi bardzo potrzebny, lecz jeszcze nie mogę ci
wyjawić, dlaczego - uśmiechnął się miło, lecz ponownie wywołał
tym drgawki u rozmówcy.
-
Dlaczego?
-
Nie mam dość czasu, by ci to wyjaśnić. Tracę ogromne ilości
energii, na każdą sekundę podtrzymywania naszej rozmowy. Pomagałem
ci przez wyjątkowo długi czas, tracąc energię.
-
Jak?
-
Kierowałem cię niepostrzeżenie przez kolejne etapy podróży,
niepostrzeżenie zasugerowałem ci, byś uratował Bahamuta, a nie
tylko siebie, co uznałeś za wyłącznie swoją decyzję. Sprawiłem,
że spotkałeś Lightning i wyruszyłeś do Werglo razem z
Ragnarokiem. Myślisz, że twe spotkanie z Kajedianem było
przypadkiem? Nie! Gdyby nie moje drobne ingerencje w twoją historię,
nigdy nie byłbyś w stanie zawędrować tak daleko. - Mówił to
szybko, nadając słowom wyrazu poświęcenia.
-
Robisz z siebie męczennika? - spytał Screamgour ironicznie. - Nie
musiałeś mi pomagać, ale dziękuję za to. Nie mam ci nic za złe.
Chcę jedynie, byś zostawił mnie w spokoju. Chcę zapomnieć...
-
O przyjaciołach? - spytał z ledwo wyczuwalnym wyrzutem i
niedowierzaniem.
-
Nie... - Zmieszał się. - Tylko o...
-
Porzucając przeszłość, porzucasz wszystkich, których nie
chciałeś porzucać - przerwał mu. - Wcale nie pomagałem ci, by
spłacić swoje długi i oczyścić z grzechów. Chciałem pomóc
światu, a ty byłeś moim przyjacielem, więc pomogłem ci, jak
tylko mogłem.
-
Byłem? - spytał Screamgour zaciekawiony akcentem, którym Dark
obdarzył to słowo.
-
Sam mówiłeś, że chcesz zerwać z przeszłością...
-
Przestań! - Jego twarz przybrała zmęczonego wyglądu. - Czemu sam
nie mogłeś wziąć udziału w bitwie? Nawet nie potrafię sobie
wyobrazić, jak bardzo byś nam pomógł.
-
Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak wiele osób chciałoby mnie
tam zabić. Jestem zwierzęciem, nie człowiekiem, zapomniałeś?
-
Nie przypominam sobie, by ktokolwiek tak o tobie mówił. -
Zmarszczył czoło.
-
A czy ktokolwiek musi mówić, że mortibresy to potwory?
-
Tak samo jest z tobą? - spytał retorycznie.
-
Tak. - Jego twarz wykrzywiła się w grymasie bólu. - Musimy się
sprężać... Straciłem już zbyt wiele czasu... - wysapał. -
Spotkamy się niedługo twarzą w twarz.
-
Gdzie?
-
Tam, gdzie będziesz o odpowiednim czasie. Znajdę cię, jesteśmy
przecież sobie przeznaczeni - ostatnie słowa wyszeptał skrycie.
-
Co? - zdziwił się.
Dark
zniknął bez śladu, a salę ponownie wypełniły głosy
dyskutujących, gnane do uszu przez stale goniący je pogłos.
-
Więc jakie są wasze dalsze plany, Artairze, Raghnallu? - spytał
Korlimix, odkładając kość na talerz.
Screamgour
sięgnął po misę pełną ziemniaków z suszonym koperkiem i
nałożył sobie kilka łyżek. Był w trakcie nabijania steka na
widelec, gdy usłyszał swoje imię. Zastygł w pół ruchu.
-
Tyczą się one Edana, ale również Screamgoura. Ciężko tych dwóch
rozdzielić, gdy sami tego nie chcą - rzekł Artair.
-
Owszem. Zresztą, Edan będzie potrzebował teraz szczególnie wiele
uwagi ze strony przyjaciół.
-
Czemu? - zdziwił się Edan.
-
Cóż... Pieczęć może powodować zmiany nastroju, więc warto, by
ktoś mógł go polepszyć - uśmiechnął się.
Rozmowa
ciągnęła się przez wiele minut. Słońce świeciło już nisko,
wskazując godzinę szóstą. Screamgour i Edan zdecydowanie bardziej
woleli coś zjeść, wybierając spośród dziesięciu rodzajów pasztecików, trzech gatunkach mięs, ziemniakach przygotowanych na
pięć sposobów, ryżu, kaszy, chleba, piwa, wina oraz wielu
różnorakich owoców. Za ważny uznali jedynie fakt, że za kilka
dni do miasta ma przybyć król Werglo Vernvig. W końcu, ku uldze
wszystkich, Korlimix wstał i pożegnał wszystkich, kończąc
zebranie. Zgromadzeni rozeszli się i wyszli przez wielkie wrota.
-
Edanie... - rzucił Artair. - Mógłbyś chwilę zostać?
-
Oczywiście - odparł chłopak.
-
Pójdę już, będę siedział na balkonie, więc jeśli nie będziesz
mieć nic do roboty, to czekam - Screamgour puścił mu oczko i
wyszedł.
Drzwi
szczeknęły cicho w zawiasach, gdy zamknęły się, pogrążając
salę w dusznym świetle świec. Cienie nienaturalnie wydłużyły
się na twarzy Artaira, nadając jej przerażającego wyrazu.
-
Wiem, że walczyłeś ze Screamgourem - powiedział tonem, którym
ojciec zwykł mówić do Edana, gdy ten zrobił coś, czego nie
powinien.
-
Mhm... - mruknął chłopak znudzonym tonem.
-
Gratuluję wygranej - rzekł, nieco zaskakując Edana. - Wiem też,
jednak, że podczas walki nieomal ciężko uszkodziłeś Screamgoura.
Użyłeś swojej najpotężniejszej techniki wobec przyjaciela! -
krzyknął szeptem.
-
Przepraszam... - poczuł się skarcony, wypełniony pustką,
zasysającą jelita. - Nie myślałem...
-
Wiem, że nie myślałeś - rzekł. - To nie była twoja wina, lecz
wina pieczęci. - Stuknął palcem w ramię chłopaka. - Musisz
nauczyć się nad nią panować. Pieczęć będzie uwidaczniać twoje
złe cechy, nie możesz pozwolić jej tego zrobić.
Edan
poczuł wzbierającą w nim złość. Nikt nie będzie mi mówił,
że nie mogę używać magii. Jestem w stanie to kontrolować -
pomyślał.
-
Dobrze - skłamał. - Mam jeszcze pytanie - dodał szybko, widząc,
że jego mistrz udaje się do wyjścia.
-
Słucham.
-
Gdzie jest Tonitres?
-
Wiedziałem, że o to spytasz - uśmiechnął się Artair. - Poleciał
zapolować. Wróci pewnie dzisiaj w nocy. Dobranoc! - rzucił przez
ramię i wyszedł z sali.
Edan
został sam, stojąc obok wciąż zastawionego stołu. Zabrał z
niego jabłko i udał się do swej komnaty.Wyszedł na korytarz i
ogarnął go chłód wiosennego wieczora. Zapiął kołnierz kurtki
guzikiem i ruszył w stronę balkonu. Chłodne powietrze owiało mu
twarz i rozmierzwiło włosy, mrożąc łzy. Screamgour stał oparty
o barierkę i obserwował wschodzący księżyc, stopniowo rosnący
na niebie. Wśród chmur pojawiały się stopniowo pierwsze gwiazdy.
-
Nie jest ci zimno? - spytał z niedowierzaniem Screamgoura.
-
Jest.
-
To czemu nie pójdziesz do mnie? Moglibyśmy pogadać.
-
Nie jest mi aż tak zimno - odparł.
Zaśmiali
się.
-
Gdzie zgubiłeś Conchana?
-
Tutejsze jedzenie mu nie smakuje - odparł, wciąż stojąc plecami do
przyjaciela.
Edan
podszedł do barierki i oparł się o nią tuż obok Screamgoura.
-
Nie dziwi cię, że znamy się tak krótko, a mimo to jesteśmy
najlepszymi kumplami? - spytał brunet.
-
A kto powiedział, że jesteśmy kumplami?
Screamgour
prychnął cicho.
-
A tak naprawdę, to nie wiem. Może po prostu jesteśmy zgrani? Albo
to przez to, że obaj jesteśmy sierotami. Wiesz, sporo nas łączy...
-
Nie mów ani słowa więcej, bo już teraz brzmisz, jakbyś zaraz
miał powiedzieć, że mnie kochasz - przerwał mu Screamour.
-
Dobra - odparł, śmiejąc się. - Idziesz w końcu spać?
-
Postoję tu jeszcze chwilę.
-
No to ci potowarzyszę.
-
Dobra, idźmy stąd - odparł od razu.
Obaj
zachichotali i poszli do pokoju Edana. Położyli się na łóżku w
przeciwnych kierunkach i wpatrywali w sufit.
-
Wiesz? - zaczął Edan. - Czasem czuję, jakbym był niesamowicie
stary...
-
Wiesz? - odparł Screamgour, poprawiając rękaw kraciastej piżamy.
- Lepiej idź już spać, bo naprawdę zaczynasz pieprzyć takie
głupoty, że rzygać mi się chce.
Jestem na XVI rozdziale pierwszej części, więc niedługo w sumie tu zajrzę na dłużej.
OdpowiedzUsuńDlaczego masz trzy ramki "Moja lista blogów"? xD
Pelargia vel Aredhel
Aha, i jeszcze jedno! Tekst masz podkreślony na zielono czy niebiesko, to tak specjalnie czy niechcący? ;)
UsuńZałóżmy, że specjalnie :D
Usuń